PIASTOWIE, CHRZEST POLSKI I POCZTKI PASTWA POLSKIEGO
Krzyacy Henryka Sienkiewicza  prawda i fikcja
dzieje.pl Imperium Romanum Muzeum Historii Pols Muzeum II Wojny Światowej Muzeum Pałac w Wilanowie NARODOWE ARCHIWUM CYFROWE PTH Zamek Królewski w Warszawie 
Polub nas na Facebook'u
ekiosk.pl

Mówią Wieki 11/2018

tylko
8.50 zł

DOSTʘPNE NA:
Win, iPad, Android

pobierz obrazy

Kamienie na szaniec

Robert Gliński

Moda nastąpiła wśród polskich reżyserów - odbrązawiania postaci filmów, które realizują. Ciekawe, jakby zareagowali na te zabiegi sami bohaterowie. Oczywiście nie mogą odpowiedzieć, ale zjawisko narasta, czego dowodem są „Kamienie na szaniec” Roberta Glińskiego.



 


Opis:

O dziwo powyższe zabiegi odnoszą się tylko do kinematografii i filmowców, tworzących między Odrą, a Wisłą. Te zjawisko nie istnieje w żadnym z krajów, sąsiadujących z Polską. Niemcy zakłamują na potęgę („Drezno”, „Kobieta w Berlinie”, „Ostatni pociąg”, czy ostatnio rozpowszechniany „żenujący” serial). Niezgorsi są Rosjanie („1612”, „Twierdza brzeska”, albo „Stalingrad”) i Ukraińcy („Czarna sotnia” oraz „Taras Bulba”). Natomiast Czesi robią piękne filmy bez odbrązawiania („Ciemnoniebieski świat”, „Protektor”, „Tobruk” czy genialne „Musimy sobie pomagać”) i to pomimo nielicznych epizodów heroizmu w swej historii. Tylko polscy twórcy filmowi usiłują w autorski i artystowski sposób zmieniać akcenty, mając do tego prawo przyznane im przez kolegów-ekspertów decydujących o kolejnych grantach i dofinansowaniach z puli PISF.

Film Glińskiego bynajmniej nie rozczarowuje pod względem fabularnym i mogą dziwić nagłośnione protesty przed premierą oraz wycofywanie nazwisk z napisów końcowych. Słynne już sceny erotyczny nie są zbyt obfite - choć może rzeczywiście ówcześni harcerze, a zarazem bojownicy „Szarych Szeregów”, tak „rozwiąźle” nie zachowywaliby się - ale o tym jeszcze poniżej. Obrazom okupowanej przez Niemców Warszawy, sfilmowanym przez Pawła Edelmana nie można zarzucić wiele złego - bo przecież wyświecił i sfilmował je jeden z najlepszych operatorów polskich, jeśli nie światowych. Pod jego wodzą gaffer Cezary Lisowski wykonał kawał dobrego technicznego rzemiosła. Scenografowie w oparciu o miejsca w Lublinie i Warszawie poradzili sobie ze znalezieniem lokacji. Muzyka i ta transowa, i ta ilustracyjna wspiera warstwę wizualną. Obsadzenie młodych, nieznanych aktorów w głównych rolach należy uznać za trafiony pomysł - bo kolejny raz rozpychających się w kadrze bohaterów „Czasu honoru” widz już by nie zdzierżył. Młodzi zagrali młodych i oto przede wszystkim chodziło. Rekwizytorzy poradzili sobie ze odtworzeniem świata sprzed siedmiu dekad.

Co niepokoi w adaptacji „Kamieni na szaniec”? Należy zwrócić uwagę na brak refleksji się nad realiami okupacyjnymi - grupy młodzieńców bezceremonialnie przenoszące zagrożony magazyn lub wychodzące na akcję z jednego miejsca - to trąci myszką i nie uwzględnieniem działań polskich V-Mannów na usługach niemieckiego SD (tłumacząc z teutońskiego: Służby Bezpieczeństwa). Do konspiratorów z „Wawra”/„Szarych Szeregów” nie pasuje zbytnio wyeksponowany brak zdyscyplinowania, podważania autorytetu dowódców („Orszy” i „Kiwierskiego”), czy „chłopięcy” chaos podczas akcji pod Arsenałem.

Zabiegi narracyjne też pozostawiają trochę (wiele) do życzenia - jak chociażby pierwsza scena w kinie, w którym Polacy oglądają cotygodniową kronikę „Die Deutsche Wochenschau” w oryginalnej wersji językowej, podczas gdy Niemcy przygotowywali specjalnie dla GG polską wersję, podobnie jak nie pokazywali filmów z Polą Negri, tylko lekkie wodewile i romanse dystrybuowane z myślą o słowiańskich Untermenschach. Dziwnie wyglądali niemieccy żołnierze „na grzybach” - bo ci nie pałętali się po lasach w czasie okupacji, chyba ze w ramach polowań na partyzantów. Nikt nie sprawdził kwestii zaciemnienia, stosowanego od czerwca 1941 roku, ani faktu, ze tylko nieliczni Polacy jeździli samochodami - mając zakaz wykorzystywania pojazdów mechanicznych, więc śledzenie przez „Zośkę” ciężarówki z aresztowanym „Rudym” jest alogiczne i na siłę wprowadzone przez scenarzystów. Podobnie jak całkowite wymieszanie żołnierzy (szczególnie piechoty) Wehrmachtu z oprawcami z SS-SD czy ogromne nasycenie tyłowych oddziałów policyjnych bronią maszynową, co nie miało miejsca w rzeczywistości. Zresztą filmowa broń to też fatalna strona „Kamieni na szaniec” – w przypadku polskiej strony to nagromadzenie przypadkowości, czego dowodem wykopane przez konspiratorów rewolwery (gdy przed wojną dominowały pistolety automatyczne ViS) czy mylenie karabinów Lebel z Mauserem.

Nikogo w ekipie filmowej nie zastanowiły wcześniejsze losy bohaterów „Kamieni na szaniec” - gdyby poszukali głębiej to okazałoby się że Janek Bytnar ps. „Rudy” to przedwojenny aktywista Grup Szkolnych Organizacji Narodowo-Radykalnej (GSz ONR), któremu raczej nie było po drodze z Krzysztofem Kamilem Baczyńskim z tego samego co on liceum, ale posiadającego nie tą „trzeba” matkę i poglądy. Nieprzypadkowo trafił on do ONR „zainfekowany” poglądami przez „narodowo myślących” rodziców - przez co nie zareagowaliby oni „współcześnie” na roznegliżowaną koleżankę w pokoju swego mieszkania - takie były czasy i seks oraz obłapywanie nie wchodziło wówczas w grę. Ponadto Jan Bytnar - w przeciwieństwie do filmowej postaci - nie miał wątpliwości w sprawie walki zbrojnej, co podkreślało chociażby przejście 1940 r. części członków GSz ONR z Gimnazjum im. Stefana Batorego, w tym samego „Rudego” do organizacji konspiracyjnej małego sabotażu „Wawer”, a później „Szarych Szeregów”. Doszło do tego po rozmowie Bytnara ze swoim przełożonym z GSz ONR, Gustawem Potworowskim, który stwierdził, że „ciągnie go do czynnej walki”. Mimo perswazji Potworowskiego uznającego taką postawę za nieodpowiedzialną, doszło do akcesu młodych narodowców do konspiracji podległej Związkowi Walki Zbrojnej/ Armii Krajowej. Jednocześnie zerwali oni z narodowym Harcerstwem Polskim (krypt. „Hufce Polskie”), współpracującym zarówno ze Związkiem Jaszczurczym, jak i Narodową Organizacją Wojskową, a w późniejszym czasie także z Narodowymi Siłami Zbrojnymi - ale to temat na osobny film.

Jednak największe zastrzeżenia można mieć do warstwy kostiumograficznej – szczególnie nie sprawdził się Aleksander Rozenfeld jako II kostiumograf odpowiedzialny za kwestie mundurowe. W jego działce pracy na planie filmowym przypadkowość goniła kolejną przypadkowość. Domyślać się można, że chodziło o kostiumy z jednego magazynu, gdyż jego właścicielowi (jak w wielu filmach wcześniej nie zależało na wierności, a zwyczajnym jak najszerszym jego wykorzystaniu - czytaj zarobieniu na produkcji) ku niesławie kolejnych błędów kolejnego filmu. Mundury SS noszone przez antybohaterów to mieszanka dobrej jakości gabardyny z początków wojny z ich gorszymi wełnianymi odpowiednikami z końca wojny. Wspomnianych już żołnierzy piechoty Wehrmachtu zdradzała biała Waffenfarbe, choć wcale nie powinno ich być w okupowanej Warszawie, chyba że podczas oczekiwania na przesiadkę w Warschau Hauptbahnhof podczas drogi na urlop. Nadreprezentacja posiadaczy Krzyży Żelaznych to typowe zapełnienie mundurów, aby obowiązkowo posiadali odznaczenia, ale zdobycie tego Eisernes Kreuz nie należało do łatwych (i raczej nie powinien go mieć Ślązak, sprzedający broń czy esesowcy – tu wystarczał Kriegsverdienstkreuz). Fatalnie wypadło tłumaczenie niemieckich kwestii dialogowych - gdyż tłumacz w ogóle nie znał się na niemieckiej historii czy stopniach żołnierzy czy oprawców z SD – ci zostali pozbawieni przedrostka SS- w swych „tytułach”. Jednocześnie w polskich napisach wspomina się Generalną Gubernię, a nie Gubernatorstwo. Część widzów odpowie, że to tylko szczegóły, ale film właśnie składa się ze szczegółów i widać, że departament produkcji nie zapanował nad okupacyjnymi realiami albo miał „węża w kieszeni”.

Dlatego kolejną fabułę o wojennej chwale Polaków (obok ich niesławy) można przyjąć z mieszanymi uczuciami - nasi sąsiedzi nie mają takich dylematów, nie odbrązawiają swych bohaterów, umyślnie zniekształcając losy i historię w swych kadrach - nie nadając jej współczesnych cech – fałszując, co nie miara. Bo przecież lepiej pokazać antysemickich i pijanych polskich kolejarzy wiozących Żydów do Auschwitz, zidiociałych szlachciców w czasie wojen kozackich czy Wielkiej Smuty. U sąsiadów ich narodowi bohaterowie są nieskazitelni, przedstawiani jako postacie pomnikowe i wyciosane z grubego kamienia. Nikogo nie dziwi, że schemat goni schemat – zgodnie z założeniami polityk historycznych uprawianymi przez sąsiednie kraje.


Hubert Kuberski


dodano: 2014-03-09


Kalendarium

15 listopada 1629: Gabor Bethlen, książę Siedmiogrodu od 1613 roku, od 1620 roku król Węgier.

Bieżący numer

06 listopad 2018
nr 11 (706)

Prenumerata  | Reklama  | Kontakt

Zamknij X

Błąd wczytywania.

Zamknij X