PIASTOWIE, CHRZEST POLSKI I POCZTKI PASTWA POLSKIEGO
Krzyacy Henryka Sienkiewicza  prawda i fikcja
dzieje.pl Imperium Romanum Muzeum Historii Pols Muzeum II Wojny Światowej Muzeum Pałac w Wilanowie NARODOWE ARCHIWUM CYFROWE PTH Zamek Królewski w Warszawie 
Polub nas na Facebook'u
ekiosk.pl

Mówią Wieki 11/2018

tylko
8.50 zł

DOSTʘPNE NA:
Win, iPad, Android

pobierz obrazy

WIDZIANE Z WERSALU. MEANDRY SOJUSZU FRANCUSKO-TURECKIEGO

Andrzej Nieuważny


Politykę europejską w XVII wieku, obok konfliktów religijnych, zdominował spór  francuskich Burbonów z austriackimi i hiszpańskimi Habsburgami. W rywalizacji o prymat na kontynencie Francja grała zarówno kartą turecką, jak i polską.

Ludwik XIV, pilny uczeń Mazariniego, pchał politykę zagraniczną w kierunku wyznaczonym przez poprzedników. Francję należało uwolnić od habsburskich kleszczy, zwłaszcza na froncie flandryjskim. Za dopuszczalną dla „arcychrześcijańskiego” króla cenę sojuszu z protestantami. I choć w pierwszym dziesięcioleciu po kończącym wojnę trzydziestoletnią traktacie westfalskim (1648) Wersal i Madryt wciąż zwalczały się, wykorzystując wewnętrzne kryzysy (np. francuski bunt Wielkiego Kondeusza od 1653 roku), to zawarty w 1659 roku traktat pirenejski zdawał się kłaść temu kres. Cementowany małżeństwem hiszpańskiej infantki z Ludwikiem pokój poszedł jednak w niepamięć, gdy po śmierci ojca Filipa IV (1665) wystąpiła ona do walki o część sukcesji.  Tzw. wojna dewolucyjna miała zaokrąglić miała francuskie pogranicze na północy (Artois) i utrzymać status quo na południu (Roussillon).

17_09_2013_12_33_27.jpg

 Fot. Pomnik konny króla Ludwika XIV w Wersalu


Dopiero pod koniec lat sześćdziesiątych XVII stulecia, pod wpływem ministra Louvois, Król Słońce dopuścił zerwanie protestantami. A że parcie ku Flandrii katolickiego absolutysty musiało zaniepokoić Holendrów, długoletni sojusz przemienił się w konflikt. Gdy 1672 roku Ludwik uderzył na Zjednoczone Prowincje, naprzeciw miał egzotyczną koalicję protestanckich Holendrów, Brandenburczyków i Duńczyków z pobłogosławionym przez papieża sojuszem katolickiej Hiszpanii, cesarstwa i angielskiego parlamentu. Wsparcia króla Anglii Karola II starczyło Francuzom na dwa lata, sojusz ze Szwecją oznaczał głównie związanie części sił brandenburskich i Duńczyków.

Armia Ludwika XIV, dowodzona przez Turenne’a, Wielkiego Kondeusza oraz marszałków de Créquy i de Luxembourg, wyrąbała sobie zwycięstwo w Niderlandach, nad Renem, we Franche Comté i w Katalonii. Między sierpniem 1678 a lutym 1679 roku Francuzi wywalczyli pokój (traktat z Nijmegen) z  Holandią, Hiszpanią i cesarstwem. Odebrali Hiszpanii Franche-Comté  oraz flamandzkie twierdze:  Cassel, Ypres, Wervick, Cambrai oraz fortecę Valenciennes w hrabstwie Hainaut. Ludwik XIV wzbogacił się też na Antylach i Karaibach. Upokarzając Madryt i Wiedeń, wzmocnił szwedzkiego sojusznika, któremu Dania i Brandenburgia miały oddać, co zagrabione. Francja stała się arbitrem Europy.

 

DWA INSTRUMENTY

W walce z Habsburgami Francuzi starali się grać na dwóch wschodnich instrumentach: polskim i tureckim. Warszawa była poligonem rywalizacji habsbursko-francuskiej. Dzieliły się wielkie polskie rody, które opowiadały się po jednej ze stron. Próby umocnienia władzy królewskiej przez żonę dwóch Wazów Ludwikę Marię wywołały opór większości szlachty. Pośrednio zaś dostawało się Ludwikowi XIV jako depczącemu prawa własnej szlachty patronowi  „Francuzicy”. Najbardziej atakowano pomysł vivente rege, czyli elekcji (francuskiego zresztą) kandydata za życia obecnego króla. Oczywiste więc, że po abdykacji Jana Kazimierza i elekcji Michała Korybuta Wiśniowieckiego Wersal mógł uznać Warszawę za  straconą. Stojący wokół Michała Korybuta „cesarscy”, którzy przez dziesięciolecia tkwili w mocnej, ale jednak opozycji, podnieśli głowy. Wspierana przez Francję konfederacja gołąbska przyniosła fatalny efekt, przyczyniając się do polskiej klęski w wojnie z Turcją i hańby buczackiej (1673).

Ludwik XIV przez moment łudził się, że związany traktatem jaworowskim (1675) Jan III Sobieski stanie się stałą figurą francuskiej gry na kontynencie. Uderzając na Brandenburgię realnie odciąży francuskie wojska, a sam na zawsze oddali się od Habsburgów. By tak się stało, Francja musiała jednak powstrzymać wiszącą nad Rzecząpospolitą grozę tureckiej ekspansji. Turcja była wszak starym francuskim sojusznikiem, którym nie pogardził nawet kardynał de Richelieu.  Pozory jednak myliły. Wpływy Francji nad Bosforem były w rzeczywistości bardziej niż ograniczone.

Zbliżenie francusko-osmańskie to efekt wspólnoty interesów, po tym jak w 1519 roku Karol V dodał do posiadłości hiszpańskich, flamandzkich i włoskich ziemie austriackie. Francuski tajny posłaniec ruszył nad Bosfor niedługo po katastrofalnej klęsce pod Pawią (1525), która skończyła się niewolą króla Franciszka I. Jednak choć Sulejman Wspaniały latami walczył z Habsburgami, a w 1529 roku nawet oblegał Wiedeń, formalnego sojuszu długo nie było. Dopiero w 1535 roku La Forest wynegocjował pierwszy traktat między Królestwem Francji a Wysoką Portą. Do części handlowej (zwanej kapitulacją) dodano tajne warunki sojuszu zaczepno-obronnego. Widocznym jego efektem było współdziałanie flot na Morzu Śródziemnym, np. przy zajęciu Nicei (1543), po czym - ku napędzanemu przez Habsburgów oburzeniu „całej chrześcijańskiej Europy” - osmańskie okręty przezimowały w Tulonie.

Odnawiane aż 11 razy (do 1740 roku) kapitulacje dawały Francji wyjątkowe przywileje gospodarcze, otwierając jej kupcom lewantyńskie porty. Handel ten, wsparty gwarancjami wolności osiedlenia i wyznania, wzbogacił zwłaszcza Marsylię. Francuski ambasador lub konsul miał wyłączne prawo sądzenia, tak w sprawach cywilnych jak i kryminalnych, poddanych swego króla. Mógł też przeszukiwać ich domy, nakładać sankcje i daniny, a nawet usuwać ich z ziem imperium Osmanów. Przyrzeczona w kapitulacjach swoboda religijna i językowa oraz opieka nad Ziemią Świętą czyniły z króla Francji nieformalnego protektora chrześcijańskich poddanych sułtana.

Choć układy oparte były na równorzędności, dla Sulejmana i jego następców rozdarta wojnami religijnymi Francja nie była szczególnie atrakcyjna. Ambasadora do niej nie posłali. Z punktu widzenia panującego nad Stambułem, Kairem, Bagdadem i Jerozolimą, czerpiącego ze skarbca wschodniej nauki i technologii osmańskiego władcy, „niewierny”, a przy tym wciąż zwaśniony Zachód wydawał się mało ciekawy. Zmiana przyjdzie dopiero z wiekiem XVIII. Jednak jeszcze Wolter przedstawiał w Kandydzie państwo Osmanów jako świat tolerancji i oświecenia.

 

SZORSTKA PRZYJAŹŃ

Walczący z Habsburgami Ludwik XIV podtrzymał turecki alians, za co wroga propaganda nałożyła mu turban. Ileż pisano o muzułmańskiej dywersji w chrześcijańskim świecie, której winien  jest „sułtan z Wersalu”… Stosunki z Turcją nie były jednak proste. Jak choćby w 1663 roku, gdy pod naciskiem papieża Ludwik, było nie było „król arcychrześcijański” (a sam gorliwy katolik), wsparł wojskiem Austriaków na Węgrzech. Choć biło ono Turków pod Szentgotthárd (1664), francuski monarcha zdołał przekonać sułtana, że posłał je nie z własnej woli. A że stanął w rozkroku nie pierwszy raz, pobity wielki wezyr Ahmed Köprülü ironizował, że Francuzi może i starzy przyjaciele, ale jakoś zawsze znajdujemy ich w obozie wrogów.

17_09_2013_12_33_43.jpg

 Fot. Turecki wielki wezyr, mal. Jean-Baptiste v an Mour

 

W tych warunkach, francuski ambasador w Stambule musiał szczególnie dbać o zachowanie twarzy. Zwłaszcza że za panowania Mehmeda IV (1648 – 1687), dwaj wielcy wezyrowie z rodu Köprülü traktowali dyplomatów twardo; zdarzało się, że straż siłą pogłębiała ich ukłon lub że  lądowali w Twierdzy Siedmiu Wież (Yedikule). W 1660 roku celę w Yedikule poznał francuski ambasador Jean de la Haye-Vantelet. Dziewięć lat później jego syn Denis skłócił się w sprawie prezentów z wielkim wezyrem, który aresztował Francuza we własnym pałacu. Choć na krótko, dotknięty do żywego Ludwik XIV wysłał po ambasadora uzbrojoną eskadrę. Ten jednak, świadom, że konflikt nikomu się nie opłaca, ruszył za sułtanem do greckiej Larissy. I zamiast się żegnać, zaproponował wznowienie rokowań o kapitulacjach. Wezyr Köprülü odrzucał dyplomatę, którego odwoływał własny król. Był jednak za wysłaniem do Europy kogoś, kto wybada prawdziwe intencje Ludwika XIV. Padło na niezbyt wysokiego rangą oficera Sulejmana Agę, którego de la Haye-Vantelet wsadził na okręt wraz z grzecznościowym listem sułtana.

Czekając tygodniami na zaproszenie przed oblicze króla, Sulejman Aga od sierpnia 1669 r oku urządzał baśniowe przyjęcia dla zafascynowanej Orientem paryskiej elity, ucząc ją m.in. smaku kawy. Misja okazała się jednak pasmem nieporozumień. Gdy w listopadzie przyjęto wreszcie – ale nie w obecności Ludwika XIV - Sulejmana w Wersalu, okazało się, że ministrowie postanowili olśnić posłańca przepychem, a zarazem ściśle (obowiązywała wszak zasada równorzędności) skopiować stambulski ceremonia, goszcząc ambasadora tak, jak wielki wezyr gościł Francuzów. Sulejman Aga odczytał grę i gniewnie odmówił udziału w przygotowanej dlań farsie. A także oddania listu sułtana komukolwiek poza królem, co  wpędziło dyplomację w ślepy zaułek: wersalska etykieta przyznawała bowiem to prawo  tytularnym ambasadorom. Sulejman Aga nim formalnie nie był, a jeśli potwierdzenie jego statusu było w posłaniu, nie sposób go było odczytać.

17_09_2013_12_33_34.jpg

Fot. Ludwik XIV, mal. Hyacinthe Rigaud, po 1701 roku

 

Rozwiązanie przyniosła grudniowa audiencja u króla, który także chciał olśnić sułtańskiego wysłannika demonstracją bogactwa i potęgi. Zdziwiony przyjęciem gość odebrał je za podszytą szyderstwem kopię wschodniego stylu. Zignorował więc starania Ludwika i zakazał okazywać zachwyt służbie. Żądał przy tym, by król wstał przy przyjęciu pisma Najpotężniejszego, co okazało się nie do przełknięcia dla wersalskiego protokołu. Obrażony posłaniec opuścił St Cloud, zostawiwszy jednak dokument. Jego lektura przyniosła Francuzom upokarzające odkrycie: pawi ogon królewskiej potęgi rozpostarto przed Turkiem, który nie miał oficjalnego statusu! Ludwik czuł się ośmieszony, a współcześni zauważyli radość, z jaką zaszczycał przedstawienia Mieszczanina szlachcicem, w których rok później Molier dworował sobie z Turków, lecząc urażoną miłość własną pana i mecenasa. Zagubiony w grach Sulejman Aga pozostał zaś jeszcze kilka miesięcy we Francji, by – w stanie bliskim depresji – rozważać klęskę swej nieudanej, na pozór, misji.

 

WALKA O SOFĘ

Sojusz między Wersalem a Stambułem był zbyt ważny, skończyło się więc na fochach. Już w 1670 roku Ludwik XIV mianował ambasadorem w Stambule Charlesa Oliviera, markiza de Nointel, dyplomatę z doświadczeniem ze Smyrny i Aleksandrii. Zdanie miał proste: obrona honoru i chwały korony oraz jej interesów w imperium osmańskim. De Nointel przybył do Stambułu dopiero po trzech latach, jednak w samą porę, by odnowić kapitulacje. Ambasador dużo podróżował, pilnując francuskich przywilejów. Jego pałac nad Bosforem pękał od kupowanych na prawo i lewo antyków, stając się ambasadą Europejczyków w stolicy imperium. Jednak realnego wpływu na osmańską politykę Francuzi nie mieli.

17_09_2013_12_33_49.jpg

Fot. Audiencja francuskiego ambasadora u wielkiego wezyra, mal. Jean-Baptiste van Mour                     

 


Dyplomatyczno-handlową idyllę przerwała śmierć wielkiego wezyra Ahmeda Köprülü w 1676 roku. Jego następca, autorytarny Kara Mustafa pasza, znosił Europejczyków gorzej niż popędliwy, lecz rozumny Köprülü. Wróciły wojny o symbole statusu. 2 maja 1677 roku doszło do incydentu, który historia dyplomacji zapamiętała jako „walkę o sofę”. Pomny zapisów traktatu de Nointel dbał, by w czasie audiencji u wielkiego wezyra stołek ambasadora króla Francji stał na jego sofie (specjalnym podwyższeniu). Znalazłszy siedzisko poniżej sofy, sam przeniósł je na honorowe miejsce. Wybuchła awantura, a Francuz, oświadczywszy w najlepszym retorycznym stylu, że wezyr może „dowodzić” stołkiem, ambasadora, lecz nie jego osobą, próbował opuścić pałac. Aresztowany przez Kara Mustafę, naciskany przez wierzycieli (jak wielu kolekcjonerów tonął w długach), dał się złamać.

Banalna awantura dworska przerodziła się (ku radości Habsburgów) w dyplomatyczny konflikt. Ludwik, który od początku zarzucał ambasadorowi złą taktykę (zamiast wychodzić, należało bronić stołka), nie mógł darować despektu. Nowy ambasador w Stambule, charakterny Gabriel de la Vergne, hr. Guilleragues, miał wygrać „wojnę o sofę”. Zajęło mu to…  siedem lat. Przybywszy do Stambułu w listopadzie 1679 roku (dwa lata po nominacji), natychmiast zażądał audiencji u wielkiego wezyra, na którą poczekał… rok. I to tylko dzięki wsparciu króla. A że kazano mu siedzieć poniżej sofy, wolał stać.

Odpowiedź Francuzów przyniosły działa eskadry Duquesne’a, która pojawiła się (1681) u wrót Dardaneli. Następnie zaś, w pościgu za piratami berberyjskimi, otworzyła ogień do osmańskiej twierdzy na Chios i meczetów. Wściekły Kara Mustafa żądał odszkodowań grożąc Guilleraguesowi twierdzą. Francuskich kupców obłożono kontrybucją. Eskalację konfliktu powstrzymała wojna Turcji z cesarzem Leopoldem I, klęska pod Wiedniem i egzekucja wielkiego wezyra. Triumf Habsburga otrzeźwił obie zwaśnione wokół „sofy” strony. Gdy w październiku 1684 roku nowy wielki wezyr Kara Ibrahim pasza przyjął w Adrianopolu ambasadora „największego chrześcijańskiego władcy”, siedzenie tegoż stało koło wezyra. Przywilej ten będzie rozciągnięty na innych ambasadorów. Angielski historyk Philip Mansel przyrównał ten moment do dnia, w którym w Lamparcie Lampedusy, książę Salina zaprosił na obiad miejscowego mera. Była to zapowiedź upadku starego świata. Z tej perspektywy to, co się działo w 1683 roku pod Wiedniem, było tylko epizodem.

 

Nota o autorze: Andrzej Nieuważny, historyk, pracuje w Instytucie Historii i Archiwistyki Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu oraz w Akademii Humanistycznej im. Aleksandra Gieysztora w Pułtusku, zajmuje się historią Francji oraz dziejami epoki napoleońskiej  



Kalendarium

14 listopada 1840: W Paryżu rodzi się malarz-impresjonista Claude Monet (zm. 1926).

Bieżący numer

06 listopad 2018
nr 11 (706)

Prenumerata  | Reklama  | Kontakt

Zamknij X

Błąd wczytywania.

Zamknij X