PIASTOWIE, CHRZEST POLSKI I POCZTKI PASTWA POLSKIEGO
Krzyacy Henryka Sienkiewicza  prawda i fikcja
dzieje.pl Imperium Romanum Muzeum Historii Pols Muzeum II Wojny Światowej Muzeum Pałac w Wilanowie NARODOWE ARCHIWUM CYFROWE PTH Zamek Królewski w Warszawie 
Polub nas na Facebook'u
ekiosk.pl

Mówią Wieki 9/2018

tylko
8.50 zł

DOSTʘPNE NA:
Win, iPad, Android

pobierz obrazy

LEGNICKIE DORASTANIE-ROZMOWA Z ANDĄ ROTTENBERG


LEGNICKIE DORASTANIE

 

O Legnicy lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku z Andą Rottenberg, historykiem sztuki, krytykiem i kuratorem wystaw, rozmawiają Jarosław Krawczyk i Tomasz Bohun.

 

Ile miała Pani lat, gdy przyjechała do Legnicy?

Anda Rottenberg: Ukończyłam siedem. Mama postanowiła, że nie pójdę do szkoły w Nowym Sączu, skąd przyjechaliśmy.

 

Jak wyglądała Legnica widziana oczami siedmioletniej dziewczynki?

A.R.: Mój ogląd początkowo był ograniczony do ulicy Wrocławskiej, jednej z najbrzydszych, graniczącej z terenami, które przedstawił Jacek Głomb w głośnej sztuce Zakaczawie. Mieszkaliśmy niedaleko cmentarza, czekając aż mama załatwi jakieś lepsze lokum. To dość ponure wspomnienie, gdyż w Nowym Sączu mieszkaliśmy w centrum zabudowanym ładnymi kamienicami. No ale gdy człowiek ma siedem lat, to nie myśli o estetyce. Nie postrzega otaczającego go świata w kategoriach stiuki – brak stiuków, tylko poprzez kontakty międzyludzkie. A ja początkowo nie miałam w Legnicy żadnych przyjaciółek, żadnej grupy rówieśniczej. Świat stał się dla mnie kolorowy w 1951 roku, kiedy zaczęłam chodzić do przedszkola w poniemieckiej willi, w pobliżu miejskiego parku. Było wspaniale – do momentu, gdy odkryłam, co to jest izolatka. A trafiałam do niej podejrzanie często, niczego złego w moim przekonaniu nie robiąc. Niemniej to był bardzo ładny rejon Legnicy, znajdujący się w dodatku w polskich rękach. Przylegał do parku okalającego miasto od strony południowo-zachodniej: z jednej strony sięgał dzielnicy willowej, z drugiej dochodził do Zakaczawia. Tego pojęcia wówczas nie znałam.

 

Ta nazwa nie była wtedy wrośnięta w miejscową społeczność?

A.R.: Przynajmniej nie do 1963 roku, kiedy wyjechałam z Legnicy. Teraz Zakaczawie stało się symbolem gorszej części miasta, wcześniej nie było chyba takiej kategoryzacji.

 

Jak wyglądała ówczesna Legnica pod względem etnicznym?

A.R.: Gdy przyjechałam do miasta, żyli w nim jeszcze Niemcy i Ślązacy, których uważano za Niemców. Pod wpływem władzy ludowej jedni i drudzy wyjechali, gdy tylko nadarzyła się okazja – a nadarzyła się po 1956 roku. Na mojej ulicy co druga osoba mówiła po śląsku, a w domowym zaciszu zapewne po niemiecku. Przez długi czas lat mieliśmy służącą Niemkę. Po latach zapytałam mamy, dlaczego przy okazji nie nauczyłam się języka niemieckiego. Odpowiedziała, że jako dziecko konsekwentnie tego odmawiałam; byłam produktem indoktrynacji szkoły Towarzystwa Przyjaciół Dzieci. Dopiero po trzech latach poszłam do normalnej szkoły, gdzie miałam pełno kolegów Niemców, co jednak nie przełożyło się na chęć nauki niemieckiego.

 

No tak, indoktrynacja, trauma…

A.R.: Nie miałam żadnej traumy. Mama miała, owszem, i pewnie nią nasiąkałam, ale to była trauma wojenna, nie antyniemiecka. Trauma mamy była związana z blokadą Leningradu i z NKWD w Gułagu; z Niemcami nie miała w ogóle do czynienia. Ale ja nie wiedziałam, że enkawudziści są źli, i całą niechęć, którą nasiąkłam, skierowałam na Niemców. Zresztą gdy miałam osiem lat, to myślałam, że Niemcy są naszym jedynym wrogiem, choć nikt mi tego w domu nie mówił, bo mój tata kolegował się z wieloma spośród tych, którzy zostali w Legnicy.

 

Czy podziały etniczne zaznaczały się wyraźnie wśród dzieci? Czy inni zauważali to, że jest Pani Polką żydowskiego pochodzenia?

A.R.: Wtedy się nad tym nie zastanawiałam. W Legnicy początkowo był widoczny podział na przyjezdnych i miejscowych, ale to się szybko skończyło, gdyż z czasem pozostali tylko ci pierwsi. Tam każdy skądś przyjechał, najczęściej ze wschodu, ale byli też uciekinierzy z Grecji, a nawet warszawiacy ukrywający się po powstaniu. Wiele dzieci pochodziło zresztą z mieszanych małżeństw: polsko-rosyjskich, polsko-żydowskich, polsko-łemkowskich. W tych mariażach często były ukryte dramaty ludzi przesiedlonych. Nie dalej jak wczoraj rozmawiałam z człowiekiem, który z Gorlic trafił pod Zieloną Górę, skąd czmychnął w 1959 roku do swych rodzinnych okolic. Ale nie wszyscy wracali. Dlatego w Legnicy działa łemkowski zespół pieśni i tańca, są też osoby piszące bajki w języku łemkowskim. Wtedy zresztą nie wiedziałam, kto to jest Łemko; wszystkie dzieci mówiły przecież po polsku. Ich mowa różniła się np. zaśpiewem, ale dla mnie nie miało to znaczenia. W wielonarodowym społeczeństwie Legnicy nie było zwyczaju, byśmy rozważali, kto jest kim. To chyba bardzo pomogło w kształtowaniu się mojego światopoglądu.

 

Na tle narodowościowym nie było zatem żadnych konfliktów?

A.R.: Wśród dorosłych na pewno były, ale nie w kręgu dzieci.

 

Czas mija. Jak porównałaby Pani Legnicę dzisiejszą i tę, która pamięta z dzieciństwa?

A.R.: Znacznie się zmieniła. Działania wojenne nie objęły wielkich połaci miasta, ale gotycka część Starówki uległa zniszczeniu. Później, gdy Legnica została województwem [w 1975 roku, w wyniku reformy administracyjnej, tzw. gierkowskiej –przyp. red.], zniszczono wszystkie renesansowe i barokowe domy stojące przy ulicy Panieńskiej, nazwanej tak zapewne przez to, że prowadziła do wielkiego gotyckiego kościoła Najświętszej Marii Panny. Tę ulicę przemianowano na ul. Rosenbergów…

 

Tych radzieckich szpiegów, którzy wykradali Amerykanom tajemnice bomby atomowej, za co zostali straceni na krześle elektrycznym?

A.R.: Tak, tych od bomby. W epoce Gierka zlikwidowano dawną zabudowę centrum Legnicy, częściowo nawet siatkę ulic – na miasto spadło piętno unowocześnienia, choć już wcześniej oś między kościołem Piotra i Pawła a kościołem Najświętszej Marii Panny przyozdobiono dwupiętrowym domem towarowym z ruchomymi schodami. Dla legniczan to było wydarzenie. Na co dzień robili zakupy w typowych poniemieckich sklepach: przepastnych, źle oświetlonych, w których wszystko pachniało smarem do drewnianych podłóg.

 

Pastą „Popularną”?

Nie, ten smar był czarny i pachniał naftą. W szkołach zresztą też go używano. Byłam chyba w piątej klasie, gdy postanowiliśmy całą grupą pozbyć się tego naftowego zapachu z naszej sali. Przynieśliśmy wiadra, szczotki oraz szare mydło i doszorowaliśmy się do białych desek. Nauczyciele byli pod wrażeniem i powiedzieli, że doceniają naszą prace, ale przepisy wymagają, by posmarować podłogę tym świństwem na nowo. W liceum mieliśmy chór, którego dyrygentem był dyrektor szkoły, słynny andersowiec Franciszek Pałka,. Zimą przed próbami i koncertami domagał się, byśmy jedli dużo czosnku, bo to miało dobrze działać na gardło. Smarowaliśmy więc czosnkiem gorące piece szkolne. Aż trudno sobie wyobrazić, jak śmierdziało.

 

Jak Pani postrzegała Legnicę, gdy ją opuszczała w 1963 roku, jadąc na studia do Warszawy?

A.R.: Bardzo chciałam z tego miasta wyjechać. Gdy po miesiącu mieszkania w stolicy przyjechałam na Wszystkich Świętych, to po pierwsze zorientowałam sie, że nie mam już swojego pokoju, bo mama zaopiekowała się jakąś staruszką, a po drugie pomyślałam: jak dobrze, że już nigdy nie będę tu mieszkać. W Legnicy nie widziałam światełka w tunelu – tu można było co najwyżej wyjść za mąż, czym rodzice ustawicznie mi grozili, albo pójść do pracy biurowej. W mieście nie było wówczas żadnej uczelni. „Topografia” rozrywkowa też była nikła – nie było teatru, tylko trzy kina: Polonia, Piast i, jeśli mnie pamięć nie myli, Kolejarz. Chociaż Polonia i Piast to były również nazwy znanych lokali z dancingiem, więc może mi się coś nałożylo.

 

No i była Armia Radziecka…

A.R.: Tak, ale ona nie była bardzo widoczna. Tu i ówdzie porozstawiane były szlabany, przez które nie można było przechodzić. Choć jako dziewczynka jednak je przechodziłam, bo płynnie mówiłam po rosyjsku, a jak mi mama zawiązała czerwoną pionierską chustę, to przedostawałam się do sklepów oficerskich w radzieckiej strefie zwanej Kwadratem. Były one znaczenie lepiej zaopatrzone niż te po stronie polskiej.

 

Co w nich Pani kupowała?

A.R.: Ja nabywałam konfiety, czyli cukierki, ale głównym celem miejscowej ludności było mięso. Był też kawior, owszem. Mama miała wielu znajomych, którzy mieli dostęp do sklepów. Prócz wojskowych w Legnicy była bardzo liczna grupa radzieckich cywilów zatrudnionych w rozmaitych instytucjach: w szkołach, przychodniach, w administracji. Po rosyjsku nazywali się wolnonajomnyje, czyli pracujący na kontraktach. Nie mieszkali w Kwadracie, lecz byli rozsiani po całym mieście, łatwo było zatem nawiązać z nimi kontakty. Mimo obowiązującego ich zakazu, byli do tych kontaktów bardzo skorzy. To za ich pośrednictwem do naszego domu trafiał kawior, szaszłyki i inne frykasy. Obrót był bezgotówkowy; mama zazwyczaj szyła w zamian sukienki. Przyjechała do Legnicy właśnie ze względu na obecność wojsk radzieckich. Wynikało to z chęci nawiązania kontaktu z rodziną, która pozostała w ZSRR, skąd ona wyjechała jako „zdrajczyni ojczyzny”. No i nawiązała kontakt ze swoją matką i siostrą za pośrednictwem radzieckiej poczty polowej. Wysyłała im paczki, świadoma biedy panującej w ZSRR. To była główna przyczyna szukania przez nią znajomości z Rosjanami, te wszystkie szampany i kawiory były efektem ubocznym.

 

Pani mama ponoć potrafiła malować na porcelanie, która bardzo się podobała Rosjanom…

A.R.: Mama bogato ją zdobiła, a Rosjanie stacjonujący w Legnicy mieli na ogół barokowy gust. Widziałam niedawno ofertę matrymonialną jakiegoś „noworuskiego”, człowieka raczej nikłej postury, który dał się sfotografować na tle swojego bardzo bogato urządzonego mieszkania: złote klamki, barokowe meble, granity w łazience, itp. Na każdym z paru zdjęć miał na sobie inne futro. Anons ten krążył po Internecie – gdy dotarł do mnie, posłałam go znajomej. Odpowiedziała: „Futro? Bardzo chętnie!”. Zatem lata temu, gdy mama się zorientowała, w czym gustują Rosjanie, zaczęła malować na porcelanie. A wówczas wszystko miało być nowoczesne, toteż takiej dekorowanej zastawy nigdzie w sklepie nie można było kupić. Zaprzyjaźniła się z kimś z manufaktury w Wałbrzychu i ręcznie malowała te wszystkie rokaje [z franc. rocaille – ornament rokokowy] na białych zastawach stołowych wzoru Fryderyk i Maria Teresa, a następnie wypalała nocą w ulepszonym przez siebie piecu. Korzystała też z popularnej wówczas techniki kalkomanii. Smród przy wypalaniu był nieludzki; szczególnie złoto cuchnie, gdy się je wypala. Mama robiła to głównie na zamówienie.

 

Jak radzieccy klienci składali takie zamówienia?

A.R.: Najpierw działała poczta pantoflowa, a potem mama dostała zezwolenie na prowadzenie oficjalnej działalności i wystawiła przed domem gablotę z pancernego szkła…

 

Bardzo słusznie!

A.R.: Tak, parę razy próbowali ją rozbić kamieniami, ale się nie dało, więc wkrótce dali spokój. Nasze kontakty z Rosjanami były trochę inne niż te przedstawione w filmie Waldemara Krzystka Mała Moskwa. W warstwie narracyjnej film był wiarygodny, lecz szwankowały detale – być może ze względu na koszty produkcji. Klub oficerski nigdy nie miał lampek i stolików z Ikei. Były plusze, kanapy, poniemieckie stoliki – ciężkie meble, a w tym klubie panowała ciężka atmosfera. Z pewnością nie było żadnych lampeczek na stole, nawet gdy Lidia Nowikowa śpiewała piosenkę Ewy Demarczyk, w co chętnie wierzę. Gabinet generalski szefa Północnej Grupy Wojsk, a także jego głównego enkawudzisty nie miały gołych szyb – były skryte za kotarami. Do tego dochodzi brak wiarygodności aktorów. Nie można obsadzać w roli zakochanego mężczyzny aktora bez właściwości! Ale przede wszystkim nie oddano predyspozycji rosyjskiej kobiety do straceńczej miłości. Żony radzieckich oficerów z Legnicy były zupełnie inne niż te na ekranie. Inaczej wyglądały też ich romanse, one były raczej w konwencji Cichego Donu. Bo jak Rosjanka się zakocha… I to trzeba było pokazać, a w Małej Moskwie Rosjanka i polski oficer tylko sobie mówią, że się kochają, ale tego nie widać. A jak tego nie widać, to jest niezrozumiałe, dlaczego idą na pewną śmierć, bo przecież oboje musieli wiedzieć, jak działają służby specjalne. Rosjanki były bardzo namiętnymi kobietami, które znały cenę pójścia na całość. Znałam je. Przychodziły do mojej mamy, żeby się wypłakać, bo wiedziały, że u niej mogą. Oczywiście nie zdradzały żadnych tajemnic, po prostu musiały dawać ujście emocjom. Mama wysłuchiwała i starała się doradzać, ale czy to komukolwiek pomogło.

 

Pani mama została zamordowana i ta zbrodnia prawdopodobnie była związana z pobytem Armii Radzieckiej w Legnicy?

A.R.: Śledztwo zostało zamknięte w wyniku nieznalezienia sprawcy. Mamę zamordowano w 1993 roku za pomocą noża; mieszkanie zostało splądrowane. To musiał być ktoś znajomy, bo mama nie otwierała nieznajomym. Najprawdopodobniej zrobił to ktoś, kto dwie godziny później miał eszelon powrotny do Rosji i czuł się pewnie. Wtedy wyjeżdżały z Polski ostatki armii rosyjskiej.

 

Czy po tym wszystkim ma Pani jeszcze sentyment do Legnicy?

A.R.: Mam, oczywiście. Miasto jest w porządku: ma wyższe uczelnie, ma teatr. Natomiast ostatnio przydarzyło mi się coś przykrego. Ale to mogło się zdarzyć wszędzie, nie tylko w Legnicy. Kwerenda doprowadziła mnie do wspaniałego, ołtarza z piękną prezentacją św. Jadwigi Śląskiej na pentaptyku bez części środkowej, który znajdował się w katedrze św. Piotra i Pawła. Był źle zabezpieczone na czas remontu kościoła. Kiedy go obejrzeli konserwatorzy Zamku Królewskiego w Warszawie, okazało się, że ratowanie kosztowałoby 460 tys. zł. Zamek chciał się dołożyć, ja wyszarpałam część pieniędzy od ministra kultury i zaproponowałam, żeby połowę kwoty dała kuria, ale to się nie udało. Rzuciłam zatem pomysł, by przekazać dzieło jako depozyt do muzeum okręgowego, lecz usłyszałam, że nigdy zabytek będący własnością Kościoła do muzeum nie trafi. Sądzę, że za rok dzieła już nie będzie. Coś, co przetrwało w niezłym stanie 500 lat, zniknie..

Gdy zamieszkałam w Legnicy, poniemieckie domy były w dobrym stanie: stiuki, posadzki, kolorowe szyby. Ale jak się w te budynki nie inwestowało od 1945 do 1995 roku, to wszystkie popadły w ruinę. I to nie tylko te budynki, które zajęli Rosjanie, gdzie palono w piecach klepkami z parkietów, ale wszystkie domy komunalne. Proces ich wykupywania rozpoczął się relatywnie późno. Do nielicznych należą kwartały, które zostały sprywatyzowane i obecnie znajdują się w świetnym stanie. Taki jest dawny Kwadrat. W strasznym stanie jest Zakaczawie. W ruinę popada budynek dawnego Teatru im. Dua przy ulicy noszącej niegdys nazwę Nowy Świat, którą chodziłam do szkoły podstawowej. Jacek Głomb, dyrektor Teatru im. Modrzejewskiej, dostał go od miasta w stanie, w którym na scenę płynęła woda przez dziurawy dach. Próbuje coś z tym zrobić, kogoś zainteresować, aby powstało tam centrum kulturalne [Ośrodek Nowy Świat, który zainaugurował działalność w 2010 roku], ale władze miasta nie są tym zainteresowane. Tkanka miejska niszczeje. A przecież niedaleko Legnicy znajduje się Zagłębie Miedziowe i autostrada biegnąca do Niemiec – to powinno się jakoś przekładać na rozkwit miasta. Może buduje się coś nowego na obrzeżach, ale w centrum, w zasięgu pieszego spaceru, również warto by było o to zadbać.

Nie ma już Żydów, tych wszystkich krawców, szewców i futerkarzy, którzy kiedyś tu mieszkali. Sentymentem darzy miasto żyjący dziś w Warszawie Lejb Fogielman, który się zapiera, że nie przyjedzie nigdy do Legnicy, bo to by zniszczyło jego wspomnienia z dzieciństwa. „Chcę zachować swoje wspomnienia” – mówi i ma rację, bo gdy przyjeżdżam do Legnicy, to mi się wspomnienia zacierają, nakłada się na nie wszystko to, co widzę. Kiedyś na środku placu przed Domem Oficera była fontanna, a teraz stoi jakiś pomnik. Mnie to nie przeszkadza, ten placyk jest w porządku. Rozumiem, że wszystko musi się zmieniać razem z nazwami ulic, i że dziś nie może istnieć skrzyżowanie Armii Czerwonej z Wojska Polskiego, które pamiętam z dzieciństwa. Byle nie zmieniało się na gorsze. Odnowiono Akademię Rycerską, w której obecnie znajduje sie muzeum przypominające czasy Leopolda Habsburga i Fryderyka Wielkiego. Działa galeria. Jest bardzo dobrze utrzymywane przez franciszkanów Mauzoleum Piastów Śląskich w odnowionym kościele św. Jana. Funkcjonuje piastowski zamek. Boli mnie natomiast rozpad starej substancji miejskiej. Budynki, które nie mają wspólnoty mieszkaniowej, popadają w ruinę, ponieważ nie opłaca się ich remontować. Gdyby tylko znalazła się w Legnicy silna energia, miasto wiele by na tym zyskało.

Dziękujemy za rozmowę.

 

oprac. Marcin Czajkowski

 

 

 

Anda Rottenberg, historyk sztuki, krytyk, kurator wystaw artystycznych. Absolwentka Wydziału Historii Sztuki Uniwersytetu Warszawskiego, następnie pracowała w Instytucie Sztuki PAN. W latach 1991 – 1992 kierowała Departamentem Sztuki w Ministerstwie Kultury i Sztuki. W latach 1993 ­– 2000 szefowała warszawskiej Galerii Sztuki „Zachęta”. Przygotowała wiele ważnych wystaw w kraju i za granicą, m.in. ostatnio berlińską wystawę „Obok. Polska – Niemcy. 1000 lat historii w sztuce”. Autorka syntezy Sztuka w Polsce 1945 – 2005 (Warszawa 2005) oraz książki wspomnieniowej Proszę bardzo (Warszawa 2009).



Kalendarium

31 sierpnia 12: Caius Iulius Caesar Kaligula, cesarz rzymski w latach 37–41n.e.

Bieżący numer

04 wrzesień 2018
nr 9 (704)

Prenumerata  | Reklama  | Kontakt

Zamknij X

Błąd wczytywania.

Zamknij X