PIASTOWIE, CHRZEST POLSKI I POCZ�TKI PA�STWA POLSKIEGO
Krzy�acy Henryka Sienkiewicza � prawda i fikcja
dzieje.pl Imperium Romanum Muzeum Historii Pols Muzeum II Wojny Światowej Muzeum Pałac w Wilanowie NARODOWE ARCHIWUM CYFROWE PTH Zamek Królewski w Warszawie 
Polub nas na Facebook'u
ekiosk.pl

Mówią Wieki 9/2019

tylko
8.50 zł

DOSTʘPNE NA:
Win, iPad, Android

pobierz obrazy

LATAWCE GESTETNERA. ŚWIATOWA MYŚL TECHNICZNA W SŁUŻBIE OPOZYCJI DEMOKRATYCZNEJ W PRL.

Paweł Sowiński


Paweł Sowiński

LATAWCE GESTETNERA

ŚWIATOWA MYŚL TECHNICZNA W SŁUŻBIE OPOZYCJI DEMOKRATYCZNEJ W PRL

 

Wystarczały cztery godziny szkolenia, by stworzyć profesjonalną ekipę drukarską - opowiadał Witold Łuczywo, zasłużony instruktor podziemnej poligrafii. Miał na myśli ramkę do sitodruku.

Taki sprzęt można było wstawić do kuchni czy łazienki i powielać z przerwą na obiad lub kąpanie dzieci. Władza radziecka minus elektryfikacja ‒ określał ramkę parafrazą znanego hasła komunistycznego węgierski opozycjonista Miklós Haraszti. Słówko to - przekręcone przez amerykański chochlik drukarski na „remka” - spodobało się poczytnemu tygodnikowi „The Economist”, który pisał o niej jako o przełomowym wynalazku. Przypomina bardziej piętnastowieczne prasy drukarskie Caxtona niż dzisiejsze drukarnie ‒ oceniał z kolei brytyjski dziennikarz „Daily Telegraph”, któremu pod koniec lat siedemdziesiątych redakcja drugoobiegowego „Robotnika” zaprezentowała takie urządzenie w jednej z warszawskich piwnic.

Zakupiona w sklepie dla plastyków albo samodzielnie zbita z drewnianych listewek, z otworem, na który naciągało się drobną siatkę. Lekka, tania i dostępna dla wszystkich broń poligraficzna. Naprawdę żyjemy w czasach przedgutenbergowskich ‒ słowa rosyjskiej poetki Anny Achmatowej nie są tu zupełnie od rzeczy. Jednak dla demokratycznej opozycji, odciętej przez komunistyczny reżim od nowoczesnej poligrafii, ramka była skokiem technologicznym ‒ od maszyny do pisania do powielacza. Trochę tak, jak ponowne odkrycie druku. Powielaczowe publikacje ‒ niczym w zamierzchłych czasach ‒ początkowo trafiały do małego kręgu czytelników. Williamowi Caxtonowi (ok. 1422 − 1492), założycielowi pierwszej angielskiej drukarni w Westminsterze, to porównanie mogło by przypaść do gustu.

08_12_2011_12_28_26.jpg

 

Ramkowy powielacz białkowy Eberfield wykorzystywany przez opozycje w latach osiemdziesiątych. fot Wikipedia/Julo

 

 

 

 

 

 

 

DRUKOWAĆ KAŻDY MORZE

Czy to w czasach Caxtona, czy nowoczesnych kserografów i drukarek, postęp docierał do Polski zazwyczaj z zagranicy. W końcu nawet ta ramka ‒ wzruszający przykład domowej prostoty, z której jesteśmy tak dumni, że pokazujemy ją na wystawach  ‒ została jedynie zaadaptowana do polskich warunków konspiracyjnych. Ta technologia ma długą historię. Wymyśli ją Chińczycy kilka wieków przed Caxtonem, stosowali Japończycy do ozdabiania kimon, a w drugiej połowie XX wieku spowszechniała w Europie Zachodniej, gdzie z powodu dostępności wykorzystywali ją również undergroundowi artyści, radykalne grupy polityczne i zbuntowane subkultury młodzieżowe. Nasi drukarze znaleźli się w długim ciągu historycznych odkryć i wydarzeń, o czym często zapominamy. Podobnie było z następcą ramki, elektrycznym powielaczem, który w polskiej konspiracji wydawniczej lat osiemdziesiątych XX wieku niespodziewanie przeżył swoją drugą młodość.

Niegdyś drukowanie wymagało dużych umiejętności i było zarezerwowane dla specjalistów ‒  zecerów, metrampaży, maszynistów. A drukarnia raczej nie mieściła się w dużym pudle. Tymczasem już w pierwszej połowie XX wieku w krajach rozwiniętych pojawiły się małe powielacze do użytku biurowego, dla szkół, fabryk, kościołów, organizacji społecznych, krótko mówiąc ‒ sprzęt dla wszystkich. Wyroby takich firm jak Gestetner, A.B.Dick, Roneo Vickers, Rex Rotary, Océ ‒ by wymienić tylko najbardziej znane w podziemiu zachodnie marki ‒ przyczyniły się do rozpowszechnienia druku na nieznaną wcześniej skalę. Na świecie autorzy-amatorzy, nie doceniani przez profesjonalne wydawnictwa, bez większego kapitału mogli wreszcie powielić swoje utwory i np. rozdawać je w miejscach publicznych. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku powielacze zaczęły ustępować miejsca kserografom, ale z powodu niższej ceny i prostszej technologii nadal cieszyły się powodzeniem w krajach słabo rozwiniętych.

Tu musiały sprostać bardzo dużej produkcji i złym warunkom eksploatacji. Jeden z nich trafił z eleganckiej Danii do nieogrzewanej szopy pod Sochaczewem, gdzie dla kamuflażu przykryto go pryzmą obornika ­(wiemy to z akt Służby Bezpieczeństwa). Przykład dość drastyczny, ale przecież nie jedyny ‒ zderzenia zachodniej kultury miejskiej z polską kulturą wiejską. Kiedyś taki sprzęt prawie zamarzł nam w stodole w okolicach Milanówka ‒ wspominał po latach Andrzej Górski, drukarz Niezależnej Oficyny Wydawniczej NOWA. Drukowaliśmy zakazaną książkę ‒ filmowy scenariusz Przesłuchania Bugajskiego, wokół siano, kilka stopni mrozu, a tu nagle przestał działać piecyk, którym się dogrzewaliśmy. Musieliśmy również uważać na niechciane towarzystwo. Gospodarz trzymał knura i przyjeżdżali do niego sąsiedzi, by zapładniać świnie. Wtedy maszyna nie mogła pracować.

Takie sposoby użytkowania zapewne przerastały wyobraźnię autorów instrukcji obsługi powielaczy, choć były zgodne z duchem innowacyjności, bliskim dziewiętnastowiecznym wynalazcom ‒ takim jak Dawid Gestetner (ur. 1856). Ten pionier małej poligrafii dorastał w rodzinie węgierskich Żydów w niewielkim miasteczku Csorna na pograniczu węgiersko-austriackim. Początkowo pomagał wujkowi z pobliskiego Sopronu w wyrobie kiełbasy. Po kryzysie na wiedeńskiej giełdzie, gdzie pracował jako pomocnik maklera, popłynął trzecią klasą do Stanów Zjednoczonych by szukać szczęścia.

Początkowo nic nie zapowiadało jego sukcesu. Utrzymywał się ze sprzedaży japońskich latawców na chicagowskiej ulicy, co jednak miało się okazać przełomem w jego życiu. Zainteresował się bowiem właściwościami papieru, z którego wykonane były jego zabawki. Papier przypominał bibułkę, był przezroczysty, a jednocześnie wyjątkowo sztywny ‒ pokryty woskiem stawał się wodoodporny, tak, że można było wyryć na nim napis specjalnym piórkiem.

Po paru latach Gestetner wyjechał ze swoimi marzeniami, choć wciąż bez pieniędzy, do Londynu. Opatentował tam matryce woskowe wykonane z japońskiego papieru do latawców. Wkrótce ten nieznany emigrant ze Wschodniej Europy rozpoczął masową produkcję matryc i maszyn powielaczowych, które mogły powielać setki stron dziennie. Przyśpieszyło to czynności biurowe i obniżyło koszty ‒ wcześniej trzeba było zatrudniać wielu urzędników do czasochłonnego przepisywania dokumentów. Tak narodziła się firma, która w latach siedemdziesiątych XX wieku stała się największą potęgą w branży powielaczy na świecie.

Nie wiem, czy sprzedawca latawców miał okazję poznać w Chicago Alberta Blake’a Dicka (ur. 1854), wówczas handlarza drewnem, który właśnie w tym mieście zaczął myśleć, jak usprawnić prace biurowe własnej firmy. Dick wkrótce spotkał na swojej drodze podobnego sobie zapaleńca, Thomasa Edisona. Ten genialny samouk, wynalazca m.in. żarówki, opatentował również sprzęt do szybkiego powielania dokumentów. Jednak nie potrafił swojego wynalazku wyprodukować. Ich pierwsza maszyna „Edison − Dick Mimeograph” dała początek rozpowszechnionej później nazwie powielacz (ang. mimeograph) i niemałej fortunie. Pod koniec lat osiemdziesiątych XIX wieku Dick i Gestetner, niedawno drobni przedsiębiorcy ‒ teraz dwaj rywale ruszający na podbój wielkiego rynku, spotkali się w amerykańskim sądzie patentowym, by wyjaśnić, kto był pierwszy.

DRUKARZ ZŁOTA RĄCZKA

Sto lat później w komunistycznej Polsce obsługa takiej aparatury stałaby się nowym wyzwaniem dla konstruktorów ze „szkoły chicagowskiej”. Nierzadkim widokiem w tajnej drukarni były na wpół rozebrane maszyny i dłubiący przy nich drukarze „złote rączki”. Jeden z nich, Arkadiusz Kutkowski (lubelskie wydawnictwo Aut 82 vel XXX), po wielu próbach naprawy wyciągnął sprężynę z domowego zegara, by zastąpić stalową taśmę łączącą wały powielacza. Maszyna ruszyła. Rozklekotane powielacze cudem poskładane z części zamiennych od innych urządzeń lub dorobionych domowymi metodami stanowiły stały elementem niemal każdej konspiracyjnej drukarni. Nie lada pomysłowości wymagało dobre zastosowanie farby i papieru. Często wprawę w tajnym druku zdobywało się po miesiącach prób i błędów, a opracowane wówczas patenty są świadectwem nie tylko determinacji, ale również sporej inwencji.

W ówczesnych warunkach materialnych wyrastało wiele samorodnych talentów. To były czasy technologicznego samizdatu. Ludzie byli zdani na siebie, musieli wiele rzeczy zrobić samemu. Historyk Krzysztof Kosiński zwraca uwagę na zjawisko życia udomowionego, ucieczki w prywatność. Dowodzi, że rodziny funkcjonowały jak małe manufaktury. Te rodzinne miniprzedsiębiorstwa z konieczności zastępowały niesprawny handel i usługi. Wiele kobiet prowadziło w domach coś na kształt pracowni krawieckiej, handlowano, wymieniano się towarami, uprawiano działki, własnoręcznie robiono i magazynowano wiele produktów żywnościowych. Mężczyźni też potrafili znacznie więcej niż dzisiaj. Sprzęty mechaniczne naprawiano samodzielnie aż do zupełnego zdarcia. Zastępy domowych majsterkowiczów dłubały przy zepsutych pralkach, lodówkach, odkurzaczach. Poradami służyła prasa oficjalna i poradniki.

Czasem przy tej okazji samemu dokonywało się tych samych wynalazków, na które znacznie wcześniej wpadł ktoś inny. Budowanie drugiego obiegu w znacznej mierze polegało na takim «wyważaniu otwartych drzwi» ‒ oceniał Kornel Morawiecki. Niektóre z tych sprzętów zachowały się do dzisiaj. W Centrum Dokumentacji Czynu Niepodległościowego w Krakowie można podziwiać obcinarkę nożną Wydawnictwa Myśli Nieinternowane, urządzenie ułatwiające przycinanie wydruków w czasie prac introligatorskich. Dla warszawskiej Kooperatywy Robotniczo-Studenckiej „Wola” gilotyny do cięcia papieru skonstruowali prywatni rzemieślnicy na spółkę z hutnikami, którzy specjalnie odlali i wynieśli z Huty Warszawa żelazne kółka do obcinarek. Andrzej Fedorowicz, drukarz podziemnej gazetki „Przegląd Wiadomości Agencyjnych” zmontował nawet domowym sposobem dość skomplikowaną maszynę zwaną offsetem. Części zamawiał w prywatnych warsztatach. Po roku była gotowa, niestety okazało się, że nie działała.

DRUK USPOŁECZNIONY

08_12_2011_12_28_08.jpg

Jakby tego było mało drukarze mieli jeszcze na karku Służbę Bezpieczeństwa. Wojciech Marchewczyk, z zawodu dziennikarz, w stanie wojennym organizator krakowskiej poligrafii podziemnej, szukał kontaktu z Warszawą, ale trafił na „wtyczkę”, jak to wówczas żartobliwie nazywano informatorów milicji. Wraz z kolegami został zaskoczony przez milicję w nielegalnej drukarni „Hutnika” przy ulicy Dolnych Młynów. Przed wejściem uzbrojonej ekipy dochodzeniowej do kamienicy zdążyli tylko zgasić światło. W ciemnościach powstało zamieszanie. Marchewczyk zdołał się wyrwać z zasadzki. Uciekał co sił z rękami umazanymi farbą, wpadł do czyjeś piwnicy, przykrył się węglem. W napięciu przeczekał moment przejścia policji i konspirował dalej ‒ aż do następnej wpadki w 1984 roku.

Drukarze wymyślali przeróżne skrytki ‒ atrapy ścian, wejścia przez szafę, schowki pod podłogą, wykopane w ziemi nory, wykorzystywali rupieciarnie, szyby windowe, dobudówki. Wszystko zamaskowane na wypadek rewizji. Czuli się spadkobiercami długiej tradycji polskiej niepodległościowej konspiracji. W podkrakowskich Zagórzanach, w pomieszczeniach gospodarczych osiemnastowiecznego dworku specjalnie wykopano piwnicę, starannie zamaskowano kilkusetkilogramowym włazem i uruchomiono drukarnię „Wilno” im. gen. Leopolda Okulickiego. Służba Bezpieczeństwa ją przegapiła ‒ mimo rewizji w gospodarstwie państwa Hlebowiczów. „Podziemne katakumby” kultury niezależnej ‒ określenie Stanisława Barańczaka z 1977 roku ‒ w takich miejscach nabierało dosłownego znaczenia.

Okazało się, że prasę można powielać nie tylko w wielkiej hali huczących maszyn z dziesiątkami uwijających się zecerów, ale również na domowej poligrafii. Konstytucja PRL z 1952 roku, opracowana w duchu rewolucji komunistycznej, gwarantowała oddanie do użytku ludowi pracującemu drukarni i zasobów papieru (art. 71). Jej autorzy mieli jednak na myśli upaństwowienie i upartyjnienie. Podziemni drukarze odwrócili ten tok myślenia i nadali temu zapisowi dosłowne znaczenie ‒ uspołecznili drukarnie. Ten fakt rozgrzesza z błędów w konspiracji, niedoróbek technicznych i niedotrzymanych terminów. Bohaterowie tej opowieści, choć czasem czuli się na wolności niedoceniani, odnieśli godny odnotowania sukces. Coś jednak z tej naszej wolnościowej epopei zawdzięczamy również Gestetnerowi, Dickowi i innym dziewiętnastowiecznym „złotym rączkom”.

 



Kalendarium

31 sierpnia 12: Caius Iulius Caesar Kaligula, cesarz rzymski w latach 37–41n.e.

Bieżący numer

05 wrzesień 2019
nr 9 (717)

Prenumerata  | Reklama  | Kontakt

Zamknij X

Błąd wczytywania.

Zamknij X