PIASTOWIE, CHRZEST POLSKI I POCZTKI PASTWA POLSKIEGO
Krzyacy Henryka Sienkiewicza  prawda i fikcja
dzieje.pl Imperium Romanum Muzeum Historii Pols Muzeum II Wojny Światowej Muzeum Pałac w Wilanowie NARODOWE ARCHIWUM CYFROWE PTH Zamek Królewski w Warszawie 
Polub nas na Facebook'u
ekiosk.pl

Mówią Wieki 11/2018

tylko
8.50 zł

DOSTʘPNE NA:
Win, iPad, Android

pobierz obrazy

KROWY NIE MUSZĄ STAĆ W KOLEJKACH. POLSKA 1981-1989 W OCZACH PRZYBYSZÓW Z ZACHODU

Błażej Brzostek


Polska 1981 - 1989 w oczach przybyszów z Zachodu

 

Pewnego czerwcowego poranka 1983 roku obudziłem się na tapczanie w maleńkim pokoiku. Mój plecak zajmował niemal całą podłogę. Usiadłszy, rozejrzałem się wokoło i zadałem sobie pytanie, co ja tu właściwie robię. Byłem w Krakowie wśród domów i bloków, a jednak odnosiłem wrażenie, jakbym był na wsi. Zza okna dobiegało pianie koguta. Wśród 11-piętrowych wieżowców pasły się konie. Wśród bloków zieleniły się ogródki kwiatowe i warzywne...

 

Tak zapamiętał pierwszy kontakt z Polską amerykański fotografik Dennis Chamberlin. Przyjazd do PRL okresu stanu wojennego nie pozostawił wrażenia grozy i smutku, lecz idylliczne wspomnienia wolnego tempa życia, ciepła stosunków rodzinnych (Chamberlin miał krewnych w Polsce) i długich wieczornych rozmów przy domowym jedzeniu i wódce. Pamiętam pewne sierpniowe popołudnie spędzone z krewnymi na zboczu nieopodal Trzech Koron. Siedzieliśmy na kocach rozłożonych pod drzewem. Popołudnie było piękne, czas upływał nam na rozmowach przerywanych chwilami ciszy, podczas której chłonęliśmy roztaczające się wokół widoki lub wpatrywaliśmy się w sunące po niebie chmury. Ktoś wydobył bochen chleba domowego wypieku i świeżo ubite masło. Jakże odległa jest ta sceneria od przywoływanych na ogół półek sklepowych z octem, brutalnie rozpędzanych demonstracji i zasypanego śniegiem, martwego miasta, w którym tylko świecące okienka domów informowały o toczącym się życiu.

 

WSZYSTKO I NIC

Polskie lata osiemdziesiąte upłynęły w cieniu stanu wojennego, który – formalnie zakończony latem 1983 roku - był podstawowym doświadczeniem politycznym dekady, a wychodzenie z jego skutków mentalnych trwało długo. Było to także dziesięciolecie niezwykłego kryzysu cywilizacyjnego, chociaż jego najcięższe formy z lat 1981- 1983 różniły się od codzienności końca dekady. Stan wojenny i kryzys były w świadomości młodszych pokoleń, niepamiętających już stalinizmu, wydarzeniami traumatycznymi, tym bardziej że odcięły „Polskę Jaruzelskiego” od żywiołowych kilkunastu miesięcy istnienia legalnej „Solidarności”.

Jak ówczesna Polska wyglądała z perspektywy przybyszów z zagranicy? Inaczej oczywiście w 1982 roku, w czasie najsurowszych rygorów stanu wojennego, gdy zagranicznych gości było też najmniej, niż w latach następnych. Odrodziła się potem – choć na mniejszą skalę niż w latach siedemdziesiątych – turystyka zagraniczna. Większość turystów przyjeżdżała z obozu socjalistycznego i przeważnie nie mieli powodów, by zachwycać się realiami ekonomicznymi PRL. W latach osiemdziesiątych sklepy dużych miast ZSRR były lepiej zaopatrzone niż sklepy Warszawy, Gdańska czy Wrocławia. Polacy jeżdżący służbowo do Mińska Białoruskiego przywozili do kraju kolorowe telewizory, odkurzacze, ubrania, słodycze. Porównania z Budapesztem, Pragą i Berlinem Wschodnim były jeszcze bardziej wyraziste: z punktu widzenia przyjezdnych stamtąd w polskich sklepach nie było nic. Już jednak Rumun, który odwiedził PRL w 1985 roku, uważał, że „było wszystko”. Dziennikarz z Wiednia, który w tymże roku zwiedzał izolowaną Albanię, ocenił, że zaopatrzenie w żywność jest w niej lepsze niż w Rumunii i Polsce. Te właśnie dwa kraje jawiły się w tamtej dekadzie jako „czarne dziury” socjalistycznego świata - dwa dna jego kryzysu, choć w Polsce było nieco więcej towarów i nieporównanie więcej swobody niż pod rządami Nicolae Ceauşescu. Swobodę podziwiali także przybysze z ZSRR i dostatniejszych krajów sąsiednich. Widzieli niewiele propagandowych dekoracji w miastach, nieskolektywizowaną wieś, prywatne butiki udające na kilku metrach kwadratowych wielki świat, tłumy niemieszczące się w kościołach na niedzielnych mszach.

Angielski rysownik Nicholas Garland, podróżując w latach osiemdziesiątych po Węgrzech, czuł się tam niemal normalnie, podczas gdy realia ówczesnej Polski były egzotyczne. Znaczenie miał jednak – jak zwykle – kierunek podróży. Temuż Garlandowi, gdy przybył do Warszawy pociągiem z Moskwy na kilka tygodni przed wprowadzeniem stanu wojennego, Dworzec Centralny wydał się czysty i nowoczesny, a tłum na nim – pogodny i dostatni. Hotel, w którym zamieszkał, zbudowany przez Szwedów, nie różnił się niczym od typowego europejskiego hotelu. W następnych dniach odkrywał jednak ponure realia życia codziennego w betonowym, pełnym kolejek mieście. W następnych miesiącach zachodnie mass-media przekazywały sugestywne obrazy czołgów na ulicach i generała w ciemnych okularach, który mógł się raczej kojarzyć z dyktaturami latynoskimi niż Europą Wschodnią. Nie były to oczywiście obrazy o turystycznej mocy przyciągania. Do Polski jechali dziennikarze, inteligenci, naukowcy, osoby związane z krajem rodzinnie. Organizowano pomoc materialną, starając się wysyłać lekarstwa, ubrania, żywność. Z takim też ekwipunkiem wjeżdżali do PRL nieliczni indywidualni goście.

 

KILKANAŚCIE PACZEK Z TUŃCZYKIEM

Na Dworcu Wschodnim w Wiedniu wsiadam do „Chopina”  (Wiedeń - Warszawa - Moskwa), obładowany paczkami - notował 1 marca 1982 roku eseista i tłumacz francuski Adrien Le Bihan. Był jednym z nielicznych przyjezdnych, którzy podróżowali do Polski w sprawach prywatnych – kilka tygodni wcześniej dostał telegram z Katowic informujący o narodzinach córki. Na granicy austriacko-czechosłowackiej widział druty kolczaste i strażnice – żelazną kurtynę. Wysiadając na peronie katowickim, odczuł dyskretne zainteresowanie: ogląda się mnie z daleka, kątem oka, trochę tak, jak w szpitalu chorzy oglądają zdrowego, który przyszedł z wizytą o niezwykłej porze. […] W Krakowie też, na Rynku i pobliskich uliczkach, widzę wokół przezorne spojrzenia. Ludzie, których mijam, nie są przybici, ale zmęczeni.

Kilka dni wcześniej zjawiła się na warszawskim lotnisku Janine R. Wedel, amerykańska antropolog. Decyzja o przyjeździe na stypendium Fullbrighta w tym właśnie momencie i mimo przestróg polskich znajomych świadczyła o nieprzeciętnej ciekawości, która zresztą pozwoliła Amerykance na wnikliwe obserwacje, opisane następnie w książce Prywatna Polska. Wedel, lądując w Warszawie, miała przy sobie kilkanaście paczek z tuńczykiem w puszkach, ciepłymi ubraniami, utensyliami higienicznymi: wszystkim, co zdawało się niezbędne na w kraju opisywanym jako wygłodzony i ogarnięty chaosem. Na miejscu nieco pokpiwano z tej zapobiegliwości, Warszawa zaś okazała się mniej odmieniona niż przybyszka się spodziewała. Wedel odwiedzała miasto u schyłku lat siedemdziesiątych, który mieszkańcy wspominali na ogół jako okres względnie normalnego życia. Miasto wydało się jej – jak dawniej – miejscem posępnym i intrygującym, tak samo monotonnym, szarym, pozbawionym szyldów i reklam. Na ulicach nie wyczuwało się bezpośredniego zagrożenia. Kobiety z dziećmi kursowały wytrwale od sklepu do sklepu, taszcząc zakupy. Ludzie poruszali się beznamiętnie ze stoicko spuszczonych wzrokiem. Polska wyglądała prawie tak samo, jak za mojej ostatniej wizyty – jednak teraz obowiązywały inne reguły.

Przede wszystkim pogorszenie się warunków życia wymusiło zacieśnienie więzi rodzinnych i przyjacielskich, służących teraz intensywnej wymianie dóbr i informacji, izolującej też ludzi od świata publicznego, wykazującego objawy zaniku. Został on przecież brutalnie skonfiskowany przez władze, które rozbijając „Solidarność”, rozbiły ruchy społecznej samoorganizacji. Powstało podziemie polityczne, kulturalne, wydawnicze, którego obecność tak interesowała i ekscytowała przybyszów z „normalnego świata”. Rozrósł się czarny rynek, uzupełniający dogorywający handel państwowy – kolejne zjawisko niezwykłe dla oka cudzoziemca z Zachodu. Niesłychanie wzrosło znaczenie rozmaitych strategii załatwiania, kombinowania, wzmacniających więzi osobiste, osłabiających zaś ogólniejsze związki wspólnotowe. Efektem był wyostrzony podział na publiczne (niczyje) i prywatne, opisywany dokładnie przez Wedel, przez większość zaś gości z Zachodu odczuwany jako uderzające ciepło świata domu (jeśli oczywiście mieli szanse go zaznać), kontrastujące z nieprzyjaznym i pustym światem ulicy.

 

FAŁSZYWY SZANGHAJ I ZBURZONY PARYŻ

„Nowy Świat opustoszały i zimny. W pobliżu cukierni, w której w 1920 roku bywał generał de Gaulle, źle ubrani ludzie czekają w kolejce na horrendalnie drogie, maleńkie ogórki” - opisał główną ulicę Warszawy w grudniu 1982 roku Le Bihan. Kilka lat później niemiecki pisarz Hans Magnus Enzensberger posuwał się wzdłuż zakratowanych witryn głównych ulic; po chodniku toczyła się samotna butelka. Gdzie jest – pytał - milion sześćset tysięcy mieszkańców? W centrum nie ma się gdzie schronić, nieliczne otwarte wieczorami restauracje są mało pociągające – jak Szanghaj przy Marszałkowskiej, nieprzyjazna sala zalana bladym światłem, w której kilku klientów je potrawy niemające nic wspólnego z kuchnią chińską. Na postoju nie taksówek, za to długi sznur zrezygnowanych klientów. Miasto robiło wrażenie, jakby mieszkańcy postanowili je opuścić. Większość warszawian pozostaje w domu, na blokowiskach, które ciągną się po horyzont na mazowieckiej równinie, tak odległych, że nazywa się je tu Wyspami Falklandzkimi”. Enzensberger ulokowany był w Śródmieściu, w dzielnicy ministerstw (zapewne w hotelu Grand): pompatyczne budynki z lat pięćdziesiątych wyobrażał sobie wypełnione skoroszytami, symbolami biurokratycznego centralizmu. Sklepy natomiast świeciły pustkami.

Mało było rzeczy bardziej przerażających dla osoby przybyłej z zagranicy niż wnętrze warszawskiego sklepu - to wspomnienie Thomasa Swicka odnosiło się do schyłku lat siedemdziesiątych. Swick opisywał marne towary, ponure wnętrza i grubiaństwo obsługi; przecież sytuacja miała się tylko pogarszać. Ja bardzo reaguję na zapachy, obrazy dotyk - opowiada Tessa Capponi, która sprowadziła się z Mediolanu do Warszawy w stanie wojennym. Weszliśmy do mięsnego. Niby wiedziałam, że mięso jest na kartki. Ale jak zobaczyłam rozwalające się brudne pomieszczenie, a w nim na tle brudnej ściany wiszące na haku coś szarego, nie miałam pojęcia, co to jest, a to była słonina, a na ladzie leżały jakieś kości... Supersam, jeden z najlepiej zaopatrzonych sklepów stolicy, zapamiętała w ten sposób: Było brudno. I te ilości octu. [...] I konserwy w occie, makaron szary jak błoto. Zabłocone pojemniki z kefirem w zabłoconych skrzynkach. Spytałam: „- A gdzie będziemy robić zakupy?”. „- Tutaj”. „- Ale tu nic nie ma. Poza tym jest brudno. Niczego nie dotknę”. „- Nie ma inaczej.”.

Enzensbergerowi, który oglądał domy towarowe, klientki zdały się wytrenowane w długich poszukiwaniach i korzystaniu z okazji; odnotował powiedzenie „rzucili”, importowane jego zdaniem ze Związku Radzieckiego. Tylko te półki, na które właśnie „rzucili”, uginały się pod jednorodnym towarem i przyciągały tłum, inne były pustawe. Rolę zastępczej waluty pełnił dolar, który – niemal otwarcie tolerowany przez władze – stał się wyznacznikiem pozycji społecznej. Posiadacz znacznej ilości dolarów mógł sobie kupić luksusowy wyjazd do Paryża, Miami lub Egiptu; mniejszej ilości – kupić drobiazgi w Peweksie. Osobliwe wrażenie robił Bazar Różyckiego przy szerokiej ulicy (Targowej) o dziurawym asfalcie, obrzeżonej brudnymi kamienicami. Enzensberger rozpoznał tam nędzę proletariacką zaprawioną przestępczością; w gablotkach wisiały reklamy modystek - nostalgiczne wspomnienia  epoki, w której Warszawa nazywana była Paryżem Europy Wschodniej. Współczesne miasto robiło tak okropne wrażenie, że gdyby nie liczne parki, można by się obawiać o zdrowie psychiczne mieszkańców.

 

„IDYLLICY” I PAPIER TOALETOWY

Mimo wszystko wielu przybyszów z Zachodu zachowało uderzająco nostalgiczne wspomnienia o polskich latach osiemdziesiątych. Tęsknili potem za wzruszająco prawdziwym światem relacji międzyludzkich, ukrytym za zgrzebną, ale i groźną fasadą reżimu. Mrok na klatce schodowej rozpraszało światło żarówki, która zawsze gasła przed dotarciem na górę. Nagie ściany z odpryskami tynku i fabry; zimne, niemyte betonowe podesty; monotonia bezimiennych drzwi. Po omacku nacisnęliśmy dzwonek, który wydał ostry, piskliwy i chropawy dźwięk, niekiedy przechodzący w szczekanie, a następnie słyszeliśmy odgłos kapci szurających po parkiecie. Wewnątrz znajdowało się zwykle eleganckie mieszkanie zalane ciepłym światłem. Nigdy nie widziałem, aby drzwi tak skutecznie rozdzielały dwa odmienne światy - wspominał Swick wizyty u polskich znajomych. Życie prywatne, jeśli przybysz został w nie wprowadzony, oferowało zwykle silne doznania.

„Udomowienie” stosunków społecznych wiązało się z przechodzeniem (będącego zawsze atrakcją) gościa z rąk do rąk, zaistnieniem całej sieci znajomych znajomych lub ciotek i wujów, długimi biesiadami w malutkich pokojach, przeważnie przegrzanych zimą, co jeszcze nasilało kontrast między zaśnieżonymi pustkowiami osiedli i kameralnymi światami mieszkań. Była to także sposobność zaznania odprysków konspiracji, podziemnego kolportażu, sytuacji zupełnie egzotycznych dla przybyszów z liberalnego świata.

Podróż do Polski była także podróżą w przeszłość: zapomnianych ideałów i zapomnianej cywilizacji materialnej. Odpowiadało to potrzebom psychicznym przedstawicieli zachodniej inteligencji. Stefan Wolle w swojej historii społecznej NRD Wspaniały świat dyktatury nazywa „idyllikami” Niemców z Zachodu, którzy postrzegali swych braci zza żelaznej kurtyny jako nowych „szlachetnych dzikusów”, żyjących w świecie prostym, pozbawionym oziębłości kapitalistycznego społeczeństwa rozpychającego się łokciami i kolorowego świata reklam gospodarki rynkowej. W przypadku polskim dochodziła do tego romantyczna aura „Solidarności” i trwającej walki dobra ze złem, symbolizowanej przez konspiratorów i podziemnych drukarzy. Podróż w przeszłość, pisze Wolle, była możliwością pokazania dziecku wychowanemu w Niemczech Zachodnich prawdziwej lokomotywy buchającej parą, jaką można było zobaczyć jeszcze na torach NRD, a jaka po drugiej stronie żelaznej kurtyny znajdowała się co najwyżej w muzeum.

Zjawisko było starsze. Pokolenia Europejczyków z Zachodu pamiętały racjonowanie żywności i ubrań z lat drugiej wojny światowej i okresu tuż powojennego. Kontakty z realiami państw socjalistycznych potrafiły odnowić te wspomnienia. Pustawe ulice Warszawy i zgrzebne ubrania Polaków przypomniały w 1957 roku publicyście francuskiemu Paryż lat okupacji. Identyczne wrażenie wyniosła dziewięć lat później żona francuskiego dyplomaty z Moskwy. Rumunia kojarzyła się w 1972 roku wysłannikowi londyńskiego „Timesa” z Wielką Brytanią lat najcięższych powojennych wyrzeczeń. W następnej dekadzie przypadek polski wydawał się skrajny. Realia naszego kraju – leżącego przecież w centrum Europy, i to w czasach pokoju – przypominały przybyszom w średnim wieku ich młodość. Obcowanie z kolejkami i czarnorynkowy klimat na ogół miały niewiele uroku, podobnie jak ogólna atmosfera życia miejskiego. Francuska malarka pochodzenia żydowskiego Viviane Lesselbaum, mieszkająca w Tunezji, która odwiedziła Polskę pod koniec lat osiemdziesiątych, odnotowała: złe jedzenie, wódkę, szarość i smutek, wszechobecne kolejki. Zażenowana była stanem toalet i brakiem papieru higienicznego. W tej relacji znaczenie miały zarówno różnice geograficzne (przybyszka z Południa w jesiennym kraju Północy), kulturowe (jedzenie), jak i gospodarczo-polityczne. Znoszący swój los Polacy zdali się Lesselbaum bardzo spokojni, zrezygnowani, cierpliwi i solidarni; w rozmowach powracało stale słowo „kryzys”.

Za to polska wieś wywoływała u cudzoziemców skojarzenia nostalgiczne i idylliczne. Uważali ją za przestrzeń normalności, której brakowało życiu miejskiemu, a zarazem wzruszającego tradycjonalizmu – prostoty materialnej, przywiązania do religii i obrzędowości. Lesselbaum wieś dała wytchnienie od ponurej atmosfery miast: pola były dobrze uprawiane, a krowy dorodne, bo przecież nie muszą stać w kolejkach, aby mieć coś do jedzenia.

Wiele relacji, zwłaszcza tych, które dotyczyły Polski centralnej przemierzanej na osi wschód - zachód, przypominało do złudzenia opisy wychodzące spod piór Francuzów czy Anglików w XIX wieku i latach międzywojennych. Powtarzały się określenia: monotonna, smutna płaszczyzna, rozproszone domostwa, ubogie miasta. Oczywiście kontrastowały ze sobą obrazy ciepłych i zimnych pór roku: lato było łaskawe dla polskiego krajobrazu, pozwalało dostrzec staranność upraw, która zostanie zapamiętana zwłaszcza na tle pejzaży oglądanych w ZSRR, bogactwo barw, a przede wszystkim wywołującą nostalgię wielu przybyszów prostotę form bytowania. Zwracali oni uwagę na pojazdy konne, kobiety w chustkach przy pracach polowych, tradycyjne stogi. Wieś widziana z okna pociągu międzynarodowego, którym jechał do ZSRR pisarz francuski Jean-Loup Trassard wiosną 1988 roku, była monotonna, malownicza uprawami, lecz brzydka architekturą domów krytych płaskimi dachami, z rozproszonymi stadkami krów. Miasta, przez które przejeżdżał – Poznań, Konin, Warszawa - wydały się Francuzowi szare, betonowe, lecz obdarzone licznymi skwerami. Nie dostrzegał w nich żadnej reklamy, co wydało mu się odprężające, uwalniając od brzydoty i agresji reklam zachodnich. O 17.47 postawił nogę w Warszawie, korzystając z postoju pociągu na Dworcu Centralnym. Peron był szary, oświetlony jarzeniówkami, niemal bezludny.

 

ROZCZAROWANIE WOLNOŚCIĄ

Dla wrażeń cytowanego na wstępie Chamberlina i wielu innych obserwatorów z Zachodu znamienne było także pewne rozczarowanie, wynoszone z kontaktów z Polską już po 1989 roku. Aura odmienności, romantyzmu i konspiracji rozwiała się, na scenie pojawiły się zaś żywioły doskonale znane w wolnym świecie: rywalizacja polityczna, kapitał, reklama, bezrobocie. Zgiełk walk partyjnych i afer zdawał się zagłuszać istotne dawniej nocne rozmowy o wartościach i zamazywać klarowne podziały moralne. Choć więc Polska wyszła z dyktatury i budowała system demokratyczny, potrafiła wypełnić sklepy towarem i zezwalała na swobodny ruch graniczny, bywało, że opinia o niej pogarszała się.

Nie tylko przestępczość mnie raziła – napisze Thomas Swick, który porównywał Polskę lat osiemdziesiątych z zobaczoną po latach. Trudno byłoby oczekiwać natychmiastowej sprawności rządu, ale wielu moich znajomych narzekało na wydłużone debaty parlamentarne, często na tematy o marginalnym znaczeniu. Potwierdziło to kilka obejrzanych transmisji z Sejmu. Swicka nie interesowały zapewne obrady Sejmu PRL, porównywał domowo-przyjacielski klimat życia pod dyktaturą z pulsującym anarchicznie życiem publicznym młodej demokracji. Nie wydawała się ona miejscem szlachetnych zmagań, lecz – jak w relacji angielskiego historyka Jasona Goodwina, który przemierzał Polskę wkrótce po upadku komunizmu – płaską i monotonną krainą brzydkich miast pełnych pijaków i zanieczyszczonych wyziewami przemysłowymi.

W 1990 roku dziennikarka Dominique Desanti opisała Polskę jako kraj, w którym pada, jest szaro i budzą się upiory antysemityzmu. Kilkanaście lat później Alain Touraine, socjolog francuski, badacz i entuzjasta „Solidarności”, napisze, że Polska stała się „pustynią społeczną”. Nie w latach osiemdziesiątych, a właśnie w epoce przedsiębiorczości i demokratycznych wyborów.

 



Kalendarium

17 listopada 1869: Otwarcie Kanału Sueskiego, łączącego Morze Śródziemne z Zatoką Perską.

Bieżący numer

06 listopad 2018
nr 11 (706)

Prenumerata  | Reklama  | Kontakt

Zamknij X

Błąd wczytywania.

Zamknij X