PIASTOWIE, CHRZEST POLSKI I POCZTKI PASTWA POLSKIEGO
Krzyacy Henryka Sienkiewicza  prawda i fikcja
dzieje.pl Imperium Romanum Muzeum Historii Pols Muzeum II Wojny Światowej Muzeum Pałac w Wilanowie NARODOWE ARCHIWUM CYFROWE PTH Zamek Królewski w Warszawie 
Polub nas na Facebook'u
ekiosk.pl

Mówią Wieki 11/2018

tylko
8.50 zł

DOSTʘPNE NA:
Win, iPad, Android

pobierz obrazy

HISTORIA (NIE)SEKRETNA

Maciej Krawczyk


W 1903 roku Maria Skłodowska-Curie jako pierwsza kobieta otrzymała Nagrodę Nobla i zyskała międzynarodową sławę. Jednak osobą publiczną była już wcześniej. Pod pręgierzem opinii spędziła niemal całe dorosłe życie, a prasowe rewelacje o jej prywatnych sprawach odbijały sie na jej karierze naukowej.

Jej krótka autobiografia z 1923 roku jest lakoniczna w porównaniu z tym, co wiemy o jej życiu pozazawodowym. Próżno tam szukać nazwisk Kazimierza Żórawskiego czy Paula Langevina, mężczyzn, z którymi Marię łączyło „coś więcej”. Uczona pisze o sobie i swoim życiu jakby na użytek oficjalnych akademii (tak chyba zresztą było, gdyż wspomnienia, jak notuje w przedmowie, spisała na „prośbę swoich amerykańskich przyjaciół”, czyli sponsorów). Dużo jest tu o trudnej młodości, oddaniu nauce, miłości do męża... W zasadzie niewiele więcej. W przeciwnym wypadku autobiografia musiałaby przypominać rozpaczliwą obronę przed gromami, które prasa francuska z upodobaniem ciskała na jej głowę. Nie zawsze niezasłużenie.

 

ŻONA SWEGO MĘŻA

Jeszcze w XIX wieku Maria podniecała wyobraźnię dziennikarzy jako pracująca naukowo żona wybitnego fizyka Piotra Curie. Chcieli wiedzieć wszystko i wszystko ocenić. Troska o życie rodzinne państwa Curie była lejtmotiwem prasy przełomu wieków, nie tylko brukowej. Prawdziwe szaleństwo zaczęło się po otrzymaniu przez nich Nagrody Nobla. Gazety relacjonowały nawet rozmowy ich córki Ireny z... nianią. Na porządku dziennym było deprecjonowanie wkładu uczonej we wspólną pracę. Pisano najczęściej, że Maria jest zaledwie asystentką męża i „zagrzewa go do pracy”.

Była to oczywiście nieprawdą – promieniotwórczość odkryła Maria, a pracę małżonkowie dzielili zgodnie. Z tym, że na niej ciążyły jeszcze obowiązki domowe i prowadzenie większej części ich korespondencji, co było tytanicznym zadaniem.

Związek Marii i Piotra był udany, choć więcej w nim było wspólnych naukowych pasji niż wzajemnej fascynacji. Skłodowska, która w Polsce była ubogą panną na wydaniu odrzuconą przez rodzinę ukochanego, poznała przyszłego męża w 1894 roku. Zrobiła na nim tak wielkie wrażenie, że oświadczył się po krótkiej znajomości. Piotr był uznanym fizykiem, a zarazem przystojnym mężczyzną, mającym pewien pozór zaniedbania w swojej wysokiej postaci cechujący marzyciela pogrążonego w swoich myślach, jak określiła to Maria (inni twierdzili, że był milkliwy i całkowicie oddany nauce). Taki mąż pewnie byłby dobrym towarzyszem dla Marii – uczonej, jednak dwudziestosześcioletnia Skłodowska odrzuciła oświadczyny i wróciła Polski. Pobrali się rok później, gdy zbliżyła ich praca na Sorbonie i oboje doszli do wniosku, że nie znajdą lepszego towarzysza. Te suche słowa dobrze oddają charakter ich małżeństwa. Towarzyszyli sobie w życiu i w pracy, wspierali się i cenili wzajemnie. Piotr nie tylko nie deprecjonował naukowej klasy Marii, ale często publicznie jej bronił. Z pewnością kochali się na swój sposób. Nie była to jednak namiętność na miarę kobiety o najbardziej erotycznym spojrzeniu w Paryżu, jak o Marii mawiał Albert Einstein. Plotkowano nawet dość często, że to nie Piotr, ale André-Louis Debierne, asystent Marii, był ojcem jednej z jej córek. Nie ma na to jednak żadnych dowodów.

Tragiczna, przypadkowa śmierć męża w 1906 roku była dla Marii prawdziwym ciosem. Jej ustabilizowane życie legło w gruzach. Jednak paradoksalnie ta strata, jakkolwiek bolesna, pomogła jej w naukowej karierze. Uczona podkreślała, że stanowisko profesora Sorbony zaproponowano jej - jako pierwszej w historii kobiecie - w znacznej mierze pod wrażeniem, jakie śmierć Piotra wywarła na opinii publicznej.

 

MODLISZKA U DRZWI AKADEMII

Prasa bacznie obserwowała Marię po śmierci męża. Okres ochronny dla wdowy trwał bardzo krótko i troska o matczyne kompetencje aktywnej uczonej wróciła na prasowe łamy. Był to zapewne jeden z powodów przeprowadzki rodziny Curie z Paryża do podmiejskiego Sceaux. Z Marią i jej córkami zamieszkał wtedy ojciec Piotra Eugene. Po jego śmierci w 1910 roku Maria z kilkoma kolegami uczonymi zdecydowali się na to, aby wspólnie wychowywać swoje dzieci. Pozwoliło jej to nie tylko na kontynuowanie pracy naukowej, ale również dało czas na życie osobiste.

Wybrankiem Marii został Paul Langevin, przyjaciel rodziny i były uczeń jej zmarłego męża. Był młodszy od Marii o cztery lata, żonaty i miał czworo dzieci. Nieśmiały listowny romans zaczął kiełkować dwa lata wcześniej, lecz długo pozostawał na etapie co najwyżej tkliwej przyjaźni. Wszystko zmieniło się, gdy na Paula poskarżyła się Marii jego... żona, zarzucając mężowi oschłość. Pani Curie postanowiła zainterweniować i poczęła czynić swemu przyjacielowi wymówki. Paul nie wytrzymał i również wylał z siebie rzekę żalów do połowicy – twierdził, że może i jest oschły, ale jak ma nie być, skoro żona ostatnio rozbiła mu na głowie butelkę, a kiedy niedawno chodził posiniaczony i opowiadał wszystkim o wypadku rowerowym, kontuzje były wynikiem… pobicia żelaznym krzesłem.

Nie wiemy, jak rzeczywiście wyglądała sytuacja w domu państwa Langevin, jednak nie wydaje się, aby Paul przesadzał. Dość, że Maria uwierzyła mu bez zastrzeżeń.  Zaczęli się spotykać potajemnie w wynajętym mieszkaniu, gdzie trzymali również intymne listy. Trudno orzec, czy Maria uwiodła Paula, jednak wiele na to wskazuje. Jej córka Ewa, brylująca później na paryskich salonach „dziewczyna o radowych oczach”, twierdziła, że gdy matka chciała, potrafiła być bardzo atrakcyjna, a także elegancko się ubrać. Zaś na to, że jej osobowość fascynowała ówczesnych mężczyzn, a szczególnie uczonych, dowodów jest aż nadto.

Z kolei Paul bez wątpienia był genialnym uczonym, wychowanym w szkole Josepha Johna Thomsona „wyznawcą religii elektronów”. Sam Einstein mówił o nim, że z pewnością był jedynym znanym mu fizykiem zdolnym do stworzenia szczegółowej teorii względności, gdyby kto inny nie zrobił tego wcześniej. Był równie postawny jak Piotr Curie, przystojny, ciemnowłosy i jasnooki. Jego oczy podobały się zresztą Marii najbardziej: w jej namiętnych listach często pojawiają się apostrofy właśnie do łagodnego i mądrego spojrzenia wybranka. Niestety, Paul jednocześnie był człowiekiem o słabej woli, uległym, łatwo poddającym się manipulacji, czego Maria nie omieszkiwała wykorzystywać. Ich skryty romans nie trwał długo. Pani Langevin, spotkawszy Marię na ulicy, obrzuciła ja wyzwiskami, kazała wynosić się z Francji i  groziła skandalem, ba, nawet śmiercią.

Dzięki mediacji wspólnego przyjaciela Marii i Paula na razie udało się uniknąć upublicznienia sprawy, jednak pod warunkiem absolutnego zaprzestania spotkań kochanków. Również na gruncie zawodowym. Pozostawały im tylko listy. Jest to lektura mocno pieprzna, szczególnie te, które wyszły spod ręki uczonej. Maria usilnie stara się namówić Paula do rozwodu bądź separacji i podaje mu kolejne racjonalne argumenty za takim rozwiązaniem. Mało tego, podsuwa praktyczne środki do osiągnięcia celu. Radzi więc, by starał się jak najbardziej uprzykrzać żonie życie, choćby nawet miałoby to być dla niego niezmiernie przykre; przede wszystkim unikać wspólnej sypialni, gdyż następne dziecko byłoby dla niej upokorzeniem nie do zniesienia. Sugeruje co prawda, by nie starał się odbierać matce dzieci, gdyż jest to podłe, ale jednocześnie twierdzi, że po pewnym czasie one również wybiorą ojca. W końcu Maria w walce o ukochanego mężczyznę nie cofa się przed zawoalowaną, ale wystarczająco jasną groźbą samobójstwa.

Temperatura sporu pomiędzy obiema paniami w tym miłosnym trójkącie była zresztą bardzo wysoka. Pani Lengevin wielokrotnie powtarzała swoje mordercze groźby, a także, co będzie miało poważne konsekwencje dla zainteresowanych, wykradła listy kochanków. Przez kilka miesięcy starali się jeszcze utrzymać sekret. Paul to wyprowadzał się z domu, to do niego wracał. Istnieją również przekazy, że musiał się opłacać dobrze poinformowanym „życzliwym”. Najprawdopodobniej część pieniędzy pożyczył od Marii, a nie chodziło tu o drobne – nawet ponad 10  proc. rocznych dochodów noblistki.

Skandal wybuchł w 1911 roku po konferencji w Solvay. Jeden z największych paryskich dzienników „Le Journal” na pierwszej stronie opublikował artykuł  Historia miłosna pani Curie i profesora Langevina okraszony zdjęciem Marii. Była to typowa dla bulwarówek publikacja, kąśliwa i naruszająca prywatność, lecz nieporównywalna z atakami, jakie miały miejsce później. Prasa nazwała Marię modliszką rozbijającą francuską rodzinę i Żydówką. To ostatnie było nieprawdą, niemniej w ówczesnej Francji silne były nastroje antysemickie, a sprawa Dreyfusa i jego niedawna rehabilitacja podzieliły społeczeństwo. Dla prawicowych gazet „obca” Polka nosząca drugie imię Salomea musiała być Żydówką. Teorię tę podpierano obserwacjami, że niedawną nominację Marii do Akademii Francuskiej popierali „znani dreyfusardzi”.

Swoje pióra na Marię ostrzyli zresztą nie tylko prawicowi publicyści. W tamtych czasach mężczyznom wolno było mieć nawet oficjalne metresy, jednak panią Curie nijak nie można uznać za taką. Po pierwsze była starsza, po drugie sławniejsza od swojego kochanka. Materiałów do publikacji nie brakowało, gdyż pani Langevin upubliczniła wykradzione listy. Skandal odbił się głośnym echem na całym świecie. W Sztokholmie zrobił tak wielkie wrażenie, że uczonej nie zaproszono na wręczenie przyznanej Nagrody Nobla. Pod naciskiem opinii publicznej Paul złamał się i wrócił do żony, Maria zaś bez zaproszenia udała się do Szwecji.

 

Stara miłość...

U schyłku życia, podczas ostatniej podróży do Polski w 1932 roku, Maria spotkała Kazimierza Żórawskiego. Kiedyś jego rodzina nie zgodziła się na ich małżeństwo, gdyż nie chciała, by syn dziedzica żenił się ze zwykłą guwernantką. Kazimierz ugiął się wtedy, lecz późnie popełnił mezalians. Zaprzyjaźnili się znowu. Nie było w tym nic dziwnego. Żórawski był wybitnym matematykiem i rektorem Uniwersytetu Jagiellońskiego. Miał niezwykle pozytywny wpływ na Marię, pocieszał ją w chorobie, a także przekonał, by odkryła przed światem swoją najbardziej skrywaną tajemnicę: że rad jest szkodliwy. Maria mimo choroby i śmierci wielu pracowników laboratoriów radowych na całym świecie albo nie dopuszczała do siebie tej myśli, albo ukrywała prawdę. Dobrze się stało, że pod koniec życia spotkała znowu pierwszą miłość. Gdyby zabrała tę ostatnią tajemnicę do grobu, skutki mogłyby być tragiczne dla wielu uczonych badających pierwiastki promieniotwórcze. I nie tylko dla nich.



Kalendarium

15 listopada 1629: Gabor Bethlen, książę Siedmiogrodu od 1613 roku, od 1620 roku król Węgier.

Bieżący numer

06 listopad 2018
nr 11 (706)

Prenumerata  | Reklama  | Kontakt

Zamknij X

Błąd wczytywania.

Zamknij X