PIASTOWIE, CHRZEST POLSKI I POCZTKI PASTWA POLSKIEGO
Krzyacy Henryka Sienkiewicza  prawda i fikcja
dzieje.pl Imperium Romanum Muzeum Historii Pols Muzeum II Wojny Światowej Muzeum Pałac w Wilanowie NARODOWE ARCHIWUM CYFROWE PTH Zamek Królewski w Warszawie 
Polub nas na Facebook'u
ekiosk.pl

Mówią Wieki 1/2019

tylko
8.50 zł

DOSTʘPNE NA:
Win, iPad, Android

pobierz obrazy

ROZSYPANA UKŁADANKA

Maciej Krawczyk


Wydarzenia pamiętnej nocy listopadowej 1830 roku aż się proszą o romantyczne porównania. Nie brakuje żadnego elementu dramatu. Mamy ogarniętych pozornie szaleńczą ideą młodzieńców, krótkowzrocznych, kunktatorskich mędrców, niemal wszechpotężnego wroga, niewinnie przelaną krew i odsiecz, która przychodzi w najważniejszym momencie z najmniej spodziewanej strony.

Noc listopadowa była nocą cudów nie dlatego, że nieliczni porwali się na zastępy. Siły polskie w stolicy były niemal dwukrotnie liczniejsze od garnizonów rosyjskich, więc dobrze przygotowany zryw miał spore szanse powodzenia. Problem w tym, że zaplanowano go fatalnie. Brakowało scentralizowanego dowództwa i jakiejkolwiek komunikacji między poszczególnymi oddziałami, zatem dyskontowanie sił było tylko pobożnym życzeniem. Nikt nie wiedział, co robić dalej. Z absolutnego chaosu wydarzeń listopadowej nocy następnego dnia wyłoniła się jednak niezwykle skomplikowana mozaika początkowego sukcesu. Nawiasem mówiąc dzieło czystego przypadku. Cud polegał na tym, że plan spiskowców powiódł się mimo (a może właśnie dzięki) ich nieudolności i błędów.

Statyści z podchorążówki

Na papierze plan nie wyglądał źle. Został sporządzony według wszelkich prawideł sztuki wojennej, ale niestety przez ludzi, którzy nigdy nie walczyli (słynne jest zadanie księcia Konstantego, że wojna tylko psuje żołnierzy). Brakowało mu więc tych drobnych szczegółów, które zazwyczaj zapewniają przełożenie zamiarów na rzeczywistość. Schemat planu był dość prosty – najpierw sprowadzić potrzebną amunicję z Pragi (prawobrzeżnej części stolicy), następnie zamordować księcia Konstantego, co postawiłoby pod ścianą oporną starszyznę, i rozpocząć skoordynowany atak w trzech strategicznych punktach Warszawy. Co interesujące przewrotu mieli dokonać wyłącznie żołnierze i nieliczni, wciągnięci do spisku inteligenci. Ludności stolicy wyznaczono rolę życzliwego obserwatora. Skoordynowanymi atakami mieli dowodzić: na południu ppor. Piotr Wysocki − jego zadaniem było rozbicie trzech pułków jazdy rosyjskiej skoszarowanych na Powiślu, w centrum Józef Zaliwski, który miał zdobyć i utrzymać Arsenał oraz Piotr Uchański, oddelegowany do rozbrojenia pułku gwardii stacjonującego w koszarach aleksandryjskich na Żoliborzu oraz opanowania przepraw na Wiśle i Pragi. Wszystko miało się dokonać rękami podchorążych wszelkich broni oraz żołnierzy niemal wszystkich stojących w stolicy polskich pułków. Wielkiego księcia Konstantego miała zamordować grupa cywilów – przywódca sprzysiężenia Piotr Wysocki  nie chciał zmuszać żołnierzy do tak rażącego łamania przysięgi. Sygnał do rozpoczęcia akcji miało dać podpalenie browaru Weissa na Solcu i narożnego domu przy ul. Dzikiej.

Fiasko u zarania

Można śmiało powiedzieć, że [...] wykonanie tego planu pozostawiało w praktyce  wiele do życzenia − pisał profesor Tadeusz Łepkowski. Poważnych kłopotów nastręczyło już danie samego sygnału dla insurekcji. Podchorążowie  nie byli doświadczonymi podpalaczami − Wiktor Tylski próbował podłożyć ogień pod browarem podpalając słomę, co przyniosło efekt niezbyt spektakularny i dowódcy poszczególnych grup nie byli pewni, czy reszta spiskowców dostrzegła sygnał. Zebrani w mokotowskiej oberży Wysocki, Koziecki, Dobrowolski i inni dopiero po upływie godziny zdecydowali się działać i ruszyli na Powiśle. Po drodze spotkali oddział cywilnych „skrytobójców” nieuzbrojony i jakże szczupły (z pięćdziesięciu wyznaczonych do zadania studentów spiskowców ostało się zaledwie kilkunastu). Dopiero teraz otrzymali karabiny z bagnetami, przyniesione przez kilku podchorążych ze szkoły junkrów, którzy dołączyli do oddziału. Ostatecznie ludzi, którzy nieco po godzinie dwudziestej biegiem ruszyli na Belweder spod pomnika Sobieskiego w Łazienkach, było dwudziestu czterech. Liczba to niewielka, biorąc pod uwagę, że w rezydencji Konstantego znajdowało się ponad trzydzieści osób samej służby, a jednak wystarczająca, gdyż cała ochrona wielkiego księcia składała się z trzech inwalidów (jak w ówczesnych czasach nazywano służących weteranów): jednego na tarasie i dwóch przy bramie.

Powstańcy podzielili się na dwa oddziały i zaatakowali jednocześnie z obu tych stron, rozbrajając zaskoczonych strażników. Na tak szybkie natarcie pozwoliła wygodna, szeroka aleja wytyczona przez Konstantego dla lepszej komunikacji z koszarami. W tym momencie wyszła na jaw jedna z wielu niedoskonałości planu spiskowców – nikt z napastników nie wiedział, gdzie w pałacu znajdują się komnaty księcia. Dzięki tej zwłoce Konstanty miał czas, aby ukryć się w pokoiku dla służby. Seweryn Goszczyński relacjonował to zdarzenie w następujący sposób: nigdzie księcia. Znikną nam − pustka zupełna. Zwiedziwszy cały pałac, nie znalazłszy czegośmy szukali, nie spełniwszy czegośmy zamierzali, mieliśmy się do odwroty nie bardzo radzi z siebie. Można dodać, że sam poeta na dziedzińcu Belwederu wziął za Konstantego gen. Gendre i  zwalił [go] bagnetem, a zwaliwszy dobił na oczach struchlałych stajennych, co stało się powodem krótkotrwałej euforii – Już krótki nos nie żyje. Napaść niewątpliwie wstrząsnęła krótkim nosem. W kobiecym przebraniu musiał się przemykać za rogatki.

Fiaskiem skończył się także atak Wysockiego na koszary jazdy. Cześć jednostek polskiej piechoty nie dotarła na miejsce, toteż podchorążowie, zagrożeni oskrzydleniem, musieli się wycofać pod most z pomnikiem Jana III Sobieskiego w Łazienkach, gdzie spotkali oddział niefortunnych skrytobójców. Frustrujące musiało to być spotkanie. Dwa pierwsze punkty planu nie powiodły się, o postępach Zaliwskiego i Uchańskiego nie było wieści. Wydawało się, że późniejszy „zryw największych nadziei” skończy się po kilku godzinach ponurą farsą. Wysocki zdecydował się jednak na krok niemal rozpaczliwy − ruszył na Stare Miasto na czele kilkuset zaledwie ludzi.

Arsenał wzięty

Niewiele lepiej miały się sprawy na północy. Uchańskiemu nie udało się rozbroić żołnierzy pułku gwardii litewskiej, których wyprowadził z koszar gen. Michaił Lewicki, gubernator Warszawy. Jedynie mjr. Piotrowi Kiekierskiemu udało się opanować most na Pragę.

W najważniejszym punkcie miasta – pod Arsenałem, gdzie działaniami dowodził Zaliwski − sytuacja była nad wyraz skomplikowana. Do szturmu stawiła się nie więcej niż trzecia część przewidywanych sił, a niezwykle energiczny tej nocy gen. Lewicki zdołał zaalarmować stojący nieopodal pułk wołyński. Jedynie dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności powstańcom udało się przejąć spieszącego z rozkazami jego dowódcę, gen. Dmitrija Essakowa i komendanta pułku gwardii litewskiej gen. Karla Engelmana, dzięki zyskano trochę na czasie. Jednocześnie kapitanowie Józef Święcicki i Antoni Roślakowski zdołali zrewoltować bataliony 4. pułku − to one skutecznie powstrzymały wołyńczyków. Samo zdobycie Arsenału najlepiej opisuje Kazimierz Lewandowski, przypadkowy przechodzień, który przyłączył się do szturmu: Przed drzwiami było z piętnastu żołnierzy z pułku czwartego piechoty liniowej, około 50 ludu cywilnego ochotników do rewolucji, tak jak ja i dwóch moich nieznanych towarzyszy. [...] Dwa strzały z dział jak dwa pioruny odbiły się o nasze uszy. [...] Zastanowiły każdego ze śmiałków co znajdował się w bramie arsenałowej ale zastanowienie to nie trwało ani ćwierć minuty. Gdy wtem spojrzę wokół siebie, a tu ledwie  kilku  stoi wedle mnie  wąchających się, reszta już wstępuje na schody. Skoczyłem wtedy jakby z letargu wyrwany żałując, żem nie ja pierwszy uchwycił za oręż. [...] Ja porwałem za dwa pistolety i  dwa pałasze i wraz z innymi wybiegłem do naszych żołnierzy. A już wszystko się skończyło. Nieprzyjaciel odparty. [...] Ukazanie się ludu cywilnego między wojskiem dodawało mu radości najwyższej i odwagi niewypowiedzianej. [...] Oficerowie znowu przystąpili do nas z powinszowaniami i podziękowaniami ale zarazem prosząc i zaklinając, aby rozsypać się na wszystkie strony miasta a wołać i przyprowadzić pod Arsenał każdego, co kocha ojczyznę.  „Bo – mówili − [...] To jeszcze nie koniec. Was tutaj nie sześćdziesięciu ale kilka tysięcy trzeba”.

Krew Generałów

Pochód oddziału Wysockiego był dużo mniej radosny i jeszcze mniej szczęśliwy. Na dzisiejszym placu Trzech Krzyży powstańcy spotkali gen. Stanisława Potockiego, w czasie insurekcji kościuszkowskiej adiutanta księcia Józefa Poniatowskiego i uczestnika kampanii 1812 roku. Ku ich zgrozie Potocki spieszył do księcia Konstantego. Na prośby o objęcie dowództwa odpowiedział: Dzieci, uspokójcie się. Podchorążowie pozwolili mu przejechać. Dopiero po wkroczeniu na Nowy Świat, gdzie zastali tylko zatrząśnięte bramy i zamknięte okiennice, ich frustracja przerodziła się we wściekłość. Słowami Seweryna Goszczyńskiego: Ciosy krwawe śmiertelne będą budzić śpiących lub zamyślających uśpienie. Już na Krakowskim Przedmieściu napotkali kolejnego napoleończyka, gen. Stanisława Trębickiego. Tego już uprowadzili ze sobą wziętego w kułaczki, jak pisze rosyjski historyk Aleksander Puzyrewski. Był on nadzorcą Szkoły Podchorążych Piechoty, więc niejako bezpośrednim przełożonym kadetów. Ciągnąc go ze sobą przez trakt królewski podchorążowie co i rusz ponawiali prośby, by raczył się do nich przyłączyć i objąć dowództwo. Tylko wobec niego (oczywiście poza niezwykle popularnym Józefem Chłopickim, który bawił tymczasem w teatrze), starano się stosować perswazję. Często wspominane przez późniejszą historiografię słowa Wacława Tokarza o zawiedzionej młodzieży, która rozpaczliwie szukała wodza wśród starszyzny własnej, należy włożyć między mity. Oczywiście spiskowcy z radością powitaliby na swoim czele jakiegoś dawnego napoleońskiego generała (bo czy byli inni?), lecz nie szukali przywództwa ani tak rozpaczliwie, ani konsekwentnie, jak głosi legenda. Na dowód wystarczy wspomnieć śmierć ministra wojny gen. Maurycego Hauke i płk. Filipa Marciszewskiego, których powstańcy spotkali pod pałacem namiestnikowskim i bez dłuższych deliberacji po prostu zastrzelili. Słowa Goszczyńskiego o ciosach śmiertelnych nabrały śmiertelnej powagi. Chwilę później na ul. Senatorskiej od kul insurgentów zginą gen. Józef Nowicki, omyłkowo wzięty za wspomnianego już gubernatora Lewickiego. To do reszty wstrząsnęło gen. Trębickim. Zarzucił swoim niedawnym uczniom nikczemność i nazwał mordercami, a u końca ulicy [Bielańskiej] padł przebity bagnetem podchorążego Pawłowskiego.

Kilka chwil później podchorążowie byli przy Arsenale. Był on otoczony na wszystkie strony wojskiem powstańczym; ruch, zgiełk, nieład, powstania ale w tym wszystkim życie, poświęcenie się,   gotowość na wszystko jaśniejące na wszystkich twarzach, we wszystkich oczach. [...] Leżący na bruku trup generała Blumera, który prowadził pułk wołyński dla zawładnięcia Arsenału. Dodać należy, że Kazimierz Lewandowski i jemu podobni, sprawili się powyżej oczekiwań i w krótkim czasie pod Arsenałem uwijało się 4 tys. uzbrojonych cywili, w tym kobiet i dzieci. Do rana było ich już 15 tys.

Miejska szachownica

Krew generałów zamordowanych na trakcie królewskim została przelana może bestialsko, ale nie niepotrzebnie – znaleźli się oni bowiem na mieście po to, by uspokajać nastroje i przywracać karność kompanii wyborczych. Innymi słowy agitować na rzecz Konstantego. Gen. Potocki, którego powstańcy przepuścili pod kościołem świętego Aleksandra, na pl. Bankowym organizował oddziały wierne Konstantemu, gen. Tomasz Siemiątkowski czynił to samo na pl. Saskim. Obaj zginęli z rak spiskowców, zamykając szóstkę poległych generałów, po upadku powstania zwaną „szóstką łajdaków”. Mimo to Konstanty miał w stolicy wystarczająco dużo wojska. Gen. Franciszkowi Żymirskiemu, późniejszemu bohaterowi Olszynki Grochowskiej, udało się zgromadzić na pl. Broni aż dziesięć kompanii grenadierów wiernych wielkiemu księciu. Oprócz tego w rejonie Alei Ujazdowskich operowało kolejnych pięć kompani piechoty i cztery szwadrony jazdy, zaś w okolicach pałaców Krasińskich i Prymasowskiego stały oddziały dotąd neutralne, choć stale nękane rewolucyjną agitacją. Również sam wielki książę zgromadził znaczne siły (choć w większości rosyjskie), których starczyłoby zapewne na rozprawienie się z powstańcami i odebranie Arsenału. Jednak Konstanty nie zrobił nic. Motywy takiego postępowania nie są do końca znane. Może był zanadto roztrzęsiony niedawnym atakiem na jego osobę, może przestraszył się rewolucji ludowej, a może zwyczajnie zwątpił we zwycięstwo. Natomiast niemal pewne jest, że większość dowódców rosyjskich, jak choćby gubernator Lewicki, zachowałaby się na jego miejscu energiczniej. Paradoksalnie nieudany zamach na życie Konstantego uratował młode powstanie przed błyskawiczną klęską. 30 listopada Warszawa była już innym miastem. Insurekcja miała czas okrzepnąć, a sytuacja bezczynnego wielkiego księcia pogorszała sie z każdym dniem. Tej szansy z kolei nie wykorzystali powstańcy, ale to już inna historia.

 

 

 



Kalendarium

18 stycznia 532: Powstanie Nika w Konstantynopolu przeciwko cesarzowi Justynianowi; stycznia Belizariusz, dokonując rzezi w miejskim Hippodromie (30-40 tys. zabitych), tłumi opór.

Bieżący numer

04 styczeń 2019
nr 1 (708)

Prenumerata  | Reklama  | Kontakt

Zamknij X

Błąd wczytywania.

Zamknij X