PIASTOWIE, CHRZEST POLSKI I POCZTKI PASTWA POLSKIEGO
Krzyacy Henryka Sienkiewicza  prawda i fikcja
dzieje.pl Imperium Romanum Muzeum Historii Pols Muzeum II Wojny Światowej Muzeum Pałac w Wilanowie NARODOWE ARCHIWUM CYFROWE PTH Zamek Królewski w Warszawie 
Polub nas na Facebook'u
ekiosk.pl

Mówią Wieki 6/2019

tylko
8.50 zł

DOSTʘPNE NA:
Win, iPad, Android

pobierz obrazy

PANCERNY WALEC

Zbigniew Wawer


O wojnie obronnej Polski we wrześniu 1939 roku z dr. Zbigniewem Wawrem, historykiem wojskowości, rozmawia Bogusław Kubisz

 

5 maja 1939 roku polski minister spraw zagranicznych Józef Beck w odpowiedzi na niemieckie żądania terytorialne wypowiedział w Sejmie słynne słowa: My w Polsce nie znamy pojęcia pokoju za wszelką cenę. Jest tylko jedna rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezcenną. Tą rzeczą jest honor! To przemówienie spotkało się z entuzjastycznym przyjęciem, dziś także cytujemy je z dumą. Czy zatem Polska mogła uniknąć niemieckiego ataku? A jeśli tak, to jaką cenę musiałaby za to zapłacić?

Zbigniew Wawer: Nie ma prostej odpowiedzi na to pytanie. Chyba jednak nie mogliśmy uniknąć wojny. Decydowało nasze położenie geograficzne. Znaleźliśmy się między dwoma wielkimi mocarstwami, które chciały zrewidować wyniki traktatu wersalskiego i innych układów po pierwszej wojnie światowej. W najnowszych badaniach przyczyn wybuchu drugiej wojny światowej szuka się w ustaleniach z Wersalu. Niektórzy zachodni historycy uważają, że nadmierne osłabienie przez mocarstwa zachodnie Republiki Weimarskiej obudziło w Niemczech skrajne elementy i w efekcie umożliwiło Hitlerowi dojście do władzy.

To echa głosów polityków francuskich i brytyjskich z lat trzydziestych: po remilitaryzacji Nadrenii w Londynie, a nawet w Paryżu, usprawiedliwiano agresywne kroki Hitlera, argumentując, że Niemcy zostali za bardzo skrzywdzeni w Wersalu…

Z.W.: Mówi się w tym kontekście nie tylko o Niemczech, ale także o Rosji Sowieckiej. Zachodni historycy uważają, że jej powstanie zachwiało równowagę w Europie, a druga wojna światowa jest skutkiem tego, iż nie odebrano władzy bolszewikom, przez co Rosja stała się krajem nieobliczalnym, niewciągniętym w europejskie struktury. Tak jak hitlerowskie Niemcy Sowieci mieli agresywną ideologię – szerzenie rewolucji światowej. Trochę mnie niepokoi, że takie opinie o traktacie wersalskim pojawiają się w przeddzień 70. rocznicy wybuchu wojny. Wracając do tego, czy Polska mogła uniknąć niemieckiego ataku: marszałek Piłsudski bodaj jako pierwszy zauważył możliwość walki na dwa fronty. Już w 1932 roku zaczął rozpatrywać sytuację, w której zagrożeniem jest nie tylko Rosja, ale i Niemcy. Poważnie traktował agresywną frazeologię Hitlera i plany zbrojeń. Z jego rozkazu powstała komórka analityczna Laboratorium, badająca m.in. sytuację militarną Niemiec oraz zachodni kierunek operacyjny. Sformułowano wytyczne do działań Wojska Polskiego na zachodzie, które w 1939 roku wykorzystano przy tworzeniu planu obrony. Niestety doktryna wojskowa Piłsudskiego tkwiła w jeszcze w czasach pierwszej wojny światowej i walk o niepodległość z lat 1918 – 1921. Marszałek nie wyobrażał sobie, że następny konflikt będzie wojną lotnictwa, czołgów i mobilnej artylerii.

Mówi się, że generałowie zazwyczaj są znakomicie przygotowani do wojny, która się skończyła, a nie do tej, która nadejdzie...

Z.W.: Dostrzegano jednak potrzebę modernizacji armii. Świadczy o tym choćby praca gen. Władysława Sikorskiego Przyszła wojna, wydana już w 1934 roku, studia płk. Sergiusza Abżółtowskiego o lotnictwie czy mjr. Leonard Furs-Żyrkiewicz i mjr. Franciszka Skibińskiego o broni pancernej. Oni wybiegali znacznie naprzód. Istniały plany rozbudowy wojska, ale weszły w życie dopiero po 1936 roku. Pamiętajmy, że Polska była państwem biednym, na którym mocno odcisnęły się zniszczenia pierwszej wojny światowej oraz konfliktów o granice czy późniejszy kryzys światowy. 

Ponoć gdy Hitler dochodził do władzy, Piłsudski złożył Francuzom ofertę wspólnego prewencyjnego uderzenia na Rzeszę. Ale za niebezpieczniejszego przeciwnika uważał Rosję Sowiecką. Podobnie myślał jego następca marszałek Edward Rydz-Śmigły.

Z.W.: Chyba nie do końca tak było. Rozmawiałem z płk. Kazimierzem Glabiszem, oficerem do zadań specjalnych Piłsudskiego, późniejszym generałem. Po wojnie zajmował się przyczynami wojny i rozmaitymi aspektami konfliktu polsko-niemieckiego. Zauważył, że historycy często zanadto ufają dokumentom. Nie wszystko znajduje w nich potwierdzenie, bo wiele rozmów toczyło się bez dokumentacji. Glabisz mówił mi, że Piłsudski uważał Niemcy Hitlera za większe zagrożenie dla Polski niż Rosję Stalina. Sądził, że z Sowietami mamy szansę wygrać, a trudno powiedzieć, jak się potoczą zmagania z Niemcami.

Dlaczego zatem nie nakazał opracować szczegółowego planu kampanii przeciwko Niemcom? Zaczęto go pospiesznie przygotowywać dopiero w marcu 1939 roku, gdy po odrzuceniu przez polskie władze żądań Berlina w sprawie tzw. korytarza pomorskiego Hitler zaczął nam grozić wojną.

Z.W.: Pierwsze studia nad tym planem rozpoczęto w 1933 roku, brał w nich też udział płk Glabisz...

Powstały również ramowe opracowania gen. Kutrzeby. Ale nie był to jeszcze Plan „Z”, czyli całościowy plan obrony kraju przed Niemcami. Ten powstał w ostatniej chwili, tuż przed wojną

Z.W.: Widziano jednak zagrożenia. Piłsudski dostrzegał groźbę wojny na dwa fronty, ale jego następca marszałek Rydz-Śmigły już nie.­

Jak w drugiej połowie lat trzydziestych Wojsko Polskie wyglądało na tle armii sąsiadów – potencjalnych przeciwników?

Z.W.: Armia była dość liczna i bardzo dobrze wyszkolona. W ramach mobilizacji powszechnej mogliśmy zebrać ok. 1,5 mln żołnierzy w pierwszym rzucie. Dodajmy, że w ramach bardzo szybkiej mobilizacji, bo większość jednostek osiągnęła gotowość w przededniu wojny. Mieliśmy dwie formy mobilizacji: kartkową, czyli alarmową – częściową, i powszechną. Polska dywizja piechoty praktycznie nie odstawała od niemieckiej. Miała jednak tabor konny, a Niemcy w sporej części zmotoryzowany. Podstawową różnicą było jednak to, że Niemcy posiadali całe dywizje zmotoryzowane i pancerne. W Polsce takich nie było. To one szły w pierwszym rzucie, przełamując polska obronę. Niemcy przyjęli doktrynę tzw. wojny błyskawicznej i dostosowali do niej swoją strategię. Wojna błyskawiczna rozpoczynała się od uderzenia lotnictwa, po nim uderzały jednostki pancerne i zmotoryzowane, które przełamywały główną pozycję obronną, i dopiero wtedy wchodziły jednostki piechoty. Nie wszędzie się to sprawdziło, bo trzeba pamiętać, że niemieckie czołgi w 1939 roku to nie są te same maszyny co w 1942 czy 1944 roku. Psuły się, grzęzły w piasku, były bardzo słabe. Niemców cechowała jednak wielka ruchliwość i dowóz zaopatrzenia transportem zmotoryzowanym. Nasza strategia była oparta na tym, że po zniszczeniu przepraw rzeki zatrzymają nieprzyjaciela, a przemieszczające się po kiepskich polskich drogach zmotoryzowane kolumny Wehrmachtu utkną w jesiennym błocie. W takich warunkach sprawdziłyby się konie. Tymczasem lato 1939 roku było tak suche, że nawet rzeki wysychały. Do tego mobilność naszego wojska ograniczały masy uchodźców, którzy blokowali drogi. Niemcy, prąc naprzód, nie odczuwali tego.

Czy w Polsce nie dostrzegano zagrożenia związanego z rozwojem niemieckiej i sowieckiej broni pancernej? Próbowano temu jakoś przeciwdziałać?

Z.W.: Dostrzegano potrzebę mechanizacji armii, ale nie było pieniędzy na realizację planów. Były też błędy organizacyjne. Zamiast skoncentrować skromne siły pancerne w ramach większych jednostek, pozostano przy batalionach czołgów. Utworzono tylko dwie brygady pancerno-motorowe, chociaż 10. Brygada Kawalerii płk. Maczka prawie nie miała czołgów, natomiast Warszawska Brygada Pancerno-Motorowa płk. Roweckiego w chwili wybuchu wojny była dopiero formowana. Te brygady jak na polskie warunki były ruchliwe i szybkie, ale o wiele słabsze od niemieckiej dywizji pancernej. Dominacja przeciwnika w nowoczesnych rodzajach broni – lotnictwie i broni pancernej, była przygniatająca. Ponadto Niemcy mieli czym uzupełniać straty, a my nie. Zajmując Czechosłowację, przejęli wiele znakomitego uzbrojenia i czeskie fabryki zbrojeniowe. Istotne były też nasze granice. Polska miała to nieszczęście, że po aneksji Czech i Moraw przez Rzeszę oraz utworzeniu zależnej od Berlina Słowacji miała wroga już z trzech stron.

Mieliśmy do obrony prawie ponad 2700 km granicy z Niemcami, Wolnym Miastem Gdańskiem i Słowacją...

Z.W.: I jeszcze1400 km granicy sowieckiej. Fatalna sytuacja. Nasi sztabowcy przewidzieli, że Niemcy uderzą na skrzydłach z Prus Wschodnich i Górnego Śląska, ale nie spodziewali się, że tak szybko przełamią front i odetną armie „Łódź”, „Poznań” i „Pomorze”. Planowali cofanie się na linie wielkich rzek i ich obronę, lecz tempo niemieckiego natarcia to uniemożliwiło. Niemiecka dywizja pancerna rozbija polską 7. Dywizję Piechoty pod Częstochową i 7 września jest już pod Warszawą. Nikt też nie przewidział, że w cztery dni stracimy Śląsk i prawie całe Pomorze.

W ostatnich latach niektórzy historycy i publicyści spekulowali, że lepiej byłoby ugiąć się przed żądaniami Berlina – oddać część Pomorza i  przyłączyć się do paktu antykominternowskiego. Uniknęlibyśmy wówczas wrześniowej katastrofy, a za jakiś czas powetowalibyśmy sobie straty terytorialne na wschodzie, co obiecywał nam snujący plany wojny z ZSRR Hitler. Co Pan na to?

Z.W.: Nie zgadzam się z tym. Gdybyśmy przystali na warunki niemieckie to oprócz tzw. korytarza pomorskiego stracilibyśmy także Wielkopolskę i Górny Śląsk. Co ważniejsze, stracilibyśmy suwerenność, stając się satelitą Niemiec. A czy idąc z Hitlerem na Rosję, nie skończylibyśmy tak jak Polacy w armii Napoleona?

Gdyby jednak do niemieckiej potęgi doliczyć 40 – 50 polskich dywizji?

Z.W.: Musimy zadać sobie pytanie, czy pakt antykominternowski to nie była niemiecka gra, aby wciągnąć ZSRR do aliansu. Przypomnijmy, że w latach trzydziestych Sowieci nadal pomagają Niemcom w omijaniu ograniczeń traktatu wersalskiego, pozwalają na szkolenia niemieckich lotników i pancerniaków na swych poligonach. Zastanawiam się więc, czy złożona polskim władzom oferta nie była blefem. Hitler zdawał sobie sprawę, że Polacy się na to nie zgodzą.

Przeciwnie, był przekonany, że Polska pójdzie mu na rękę. Dopiero zdecydowany sprzeciw Warszawy spowodował, że uznał, iż trzeba Polskę zniszczyć...

Z.W.: Ja tak nie uważam. To, co Hitler mówił publicznie to jedno, a jago prawdziwe zamysły to zupełnie co innego. Nie miejmy pretensji do ministra Becka, że tak ostro zareagował i powiedział, że Polska nie podda się niemieckiemu dyktatowi. My wiemy, co stało się później, ale dla ludzi, którzy wówczas prowadzili polską politykę, sytuacja była o wiele bardziej skomplikowana. Nie wiemy np., czy i jaki wpływ na decyzje polskich władz miały doniesienia wywiadu.

Historycy, którzy zajmują się tymi zagadnieniami, twierdzą, że wywiad na kierunku niemieckim działał znakomicie, tylko efekty jego pracy nie przebijały się do świadomości elit wojskowych i cywilnych.

Z.W.: Informacje, które dostawali najwyżsi dostojnicy państwowi, były po części bagatelizowane. Rozmawiałem z płk. Janem Gurbskim, szefem wywiadu Korpusu Ochrony Pogranicza, który opowiadał, jak 31 sierpnia 1939 roku przedstawił marszałkowi Rydzowi-Śmigłemu raport o dyslokacji wojsk sowieckich na wschodniej granicy Polski. Wynikało z niego niezbicie, że Sowieci szykują się do uderzenia na Polskę. Rydz-Śmigły powiedział wtedy: No i co z tego, przecież i tak nic nie jesteśmy w stanie zrobić.

Ale przynajmniej w teorii mieliśmy potężnych sojuszników. Gdy otrzymaliśmy francuskie i brytyjskie gwarancje, nasze władze były przekonane, że 14 dni po agresji niemieckiej nastąpi aliancka kontrakcja na zachodzie. W takim towarzystwie mieliśmy szanse wygrać.

Z.W.: Zmyliły nas te deklaracje aliantów. Nasi politycy obawiali się też, że jeżeli będą ulegali Hitlerowi, to może nas spotkać los Protektoratu Czech i Moraw. Gdybyśmy związali się z Hitlerem, to alianci później nie interesowaliby się sprawami Polski i jej dalszymi losami. Wciąż nie znamy dokumentów sowieckich, ale przypuszczam, że alians niemiecko-sowiecki trzeba jednak datować znacznie wcześniej, niż to się obecnie przyjmuje – stawiałbym już na drugą połowę 1937 roku.

Utrwalona w sowieckiej i rosyjskiej historiografii teza, że wobec fiaska toczonych od wiosny 1939 roku negocjacji z mocarstwami zachodnimi Stalin nie miał wyjścia i musiał się dogadać z Niemcami, nie jest warta funta kłaków. Zbliżenie niemiecko sowieckie, które zaowocowało sierpniowym układem Ribbentrop-Mołotow, nastąpiło co najmniej kilka miesięcy wcześniej, ale twierdzenie, że współpraca dwóch wrogich ideologicznie mocarstw trwała już dwa lata przed wybuchem wojny wydaje się śmiałe.     

Z.W.: Można zauważyć, jak i kiedy sowiecka propaganda zmieniła ton w stosunku do hitlerowskich Niemiec. Krytyka nazistów zaczęła być tonowana. Widać to na przykładzie pisma satyrycznego „Krokodił” − dowcipy o Niemcach znikają. A wiadomo, że w Rosji Sowieckiej wszystko jest sterowane odgórnie: przychodzi prikaz i prasa musi pisać lub przeciwnie – zamilknąć. Zakładam, że Niemcy porozumieli się z Sowietami jeszcze przed układem w Monachium. Sowieckie deklaracje, że chcą pomóc Czechosłowacji i przeprowadzić tam wojska przez Polskę, to był tylko wybieg.

Zarówno minister Beck, jak i marszałek Rydz-Śmigły uważali, że jeśli Sowieci wejdą do Polski, to już z niej nie wyjdą. Czy ich obawy były słuszne?
Z.W.:
Chyba tak. W każdym razie rozbicie Czechosłowacji przez Hitlera było na rękę Stalinowi. To był precedens w Europie, a przecież Stalin cały czas myślał o zajęciu naszych terenów wschodnich. Wiedział, że polityka brytyjska widzi wschodnią granicę Polski na linii Curzona, a Francuzi nie mają wiele do powiedzenia. Monachium było dla Stalina bardzo wygodne mimo całej propagandy, którą tworzył.

Wróćmy do polskiej strategii obronnej. Marszałek Rydz-Śmigły przyjął plan obrony kordonowej wzdłuż granic. Dlaczego wiedząc, że armia polska jest słabsza liczebnie i technicznie od przeciwnika, nie starał się skrócić frontu? Mógł przecież oprzeć obronę na linii Narew – Wisła – San.

Z.W.: Chciał tak zrobić, tyle że po wykrwawieniu Niemców na zachód od Wisły i nad granicą z Prusami Wschodnimi. Poza tym cały czas liczył, że Francuzi i Brytyjczycy zaatakują niemieckie terytorium i zmuszą Hitlera do przerzucenia większości sił z Polski na zachód. Ale decydujący był argument polityczny – gdybyśmy się cofnęli i opuścili Pomorze, Górny Śląsk i Poznańskie, to Niemcy mogliby wejść na te tereny i na tym poprzestać, bo uzyskaliby to, czego chcieli.

Rozpraszając siły do osłony tak długich granic, właściwie skazano je na zagładę. Co gorsza, nie było planu drugiej fazy kampanii, kiedy miały się toczyć walki nad Wisłą.

Z.W.: Mieliśmy odwody, które miały dać czas innym jednostkom na odskok za linię Wisły. Armia „Prusy” powinna zablokować niemieckie uderzenie ze Śląska…

Miała ona osiągnąć gotowość w 14. dniu walki, a koncentrowała się 100 – 200 km od granicy. Zakładano więc, że przez dwa tygodnie Niemcy tam nie dotrą. Tymczasem doszli w kilka dni i łatwo rozbili największy polski odwód...

Z.W.: To był błąd. Nasi sztabowcy trafnie rozpracowali główne kierunki uderzenia niemieckiego, Wyjąwszy styk Armii „Łódź” i Armii „Kraków” pod Częstochową, gdzie niemieckie czołgi wdarły się na nasze tyły. Generalnie polski plan obrony przed niemieckim atakiem był nie był taki zły, tylko zabrakło czasu, aby go w pełni zrealizować – wznieść fortyfikacje, ściągnąć mobilizowane jednostki na wyznaczone pozycje. Mobilizacja powszechna była bardzo dobrze przygotowana, ale pod presją aliantów opóźniliśmy ją o dwa dni. Niestety nasze możliwości techniczne nie dawały nam wielkich szans w starciu z Niemcami. Zawodziły środki łączności – było za mało radiostacji, a te, które były, miały za słaby zasięg. Opierano się przeważnie na cywilnych liniach telefonicznych.

Jak ocenia Pan postawę naszych wojsk w pierwszych dniach wojny, w bitwie granicznej?

Z.W.: Większość jednostek doskonale wypełniła swoje zadania. Trzeba pamiętać, jak utrudniony był odwrót pod bombami Luftwaffe. Wojsko nie przemieszczało się samochodami, tylko szło po 40 –60 km na piechotę i z marszu musiało walczyć. Żołnierze spisali się znakomicie, tylko nikt nie przewidział tego, że zderzą się z walcem pancernym wspomaganym przez lotnictwo, który przetoczy się przez polskie jednostki. Brakowało odwodów przeciwpancernych, które na szczeblu armii mogły być rzucane w miejsca, gdzie przebijały się niemieckie jednostki pancerne. Fantastycznie biła się Wołyńska Brygada Kawalerii pod Mokrą czy 2. Pułk Piechoty Legionów płk. Czyżewskiego pod Borową Górą, który przez kilka dni blokował niemieckiej dywizji pancernej dojście do Tomaszowa Mazowieckiego.

Obrona umocnionej pozycji mławskiej też była skuteczna. Atakiem od czoła Niemcy nie byli w stanie jej przełamać...

Z.W.: Bitwy pod Mławą, Łomżą czy Wizną pokazują, że można było skutecznie blokować marsz Niemców w oparciu o umocnione pozycje. Problemem był brak odwodów, które mogły przeciwdziałać niemieckim przełamaniom. Jak już mówiliśmy, nie były one jeszcze w pełni zmobilizowane. Z opóźnieniem reagowano na szybko zmieniającą się sytuację, rozkazy Naczelnego Wodza i dowódców armii czy grup operacyjnych często były sprzeczne. Nie przewidywano wszystkich skutków działań. Prosty przykład: 7 – 10 września trwają walki pod Łomżą, 18. Dywizja fantastycznie blokuje niemiecki marsz. Kiedy jej dowódca płk Stefan Kossecki rozkazuje odwrót, otwiera Niemcom możliwość uderzenia na Warszawę z tego kierunku.

Niemcy już są pod Warszawą.

Z.W.: Ale od południa i zachodu. Dopiero 14 września okrążają stolicę.

Jaką cenzurkę można wystawić polskim dowódcom?

Z.W.: Generałowie Sikorski i Sosnkowski, którzy rozumieli wymogi nowoczesnej wojny, byli niestety na bocznym torze. Ten pierwszy był poza wojskiem i nie otrzymał żadnego przydziału, a drugi dopiero w drugiej dekadzie września dostał dowództwo Frontu Południowego. Trzeba też powiedzieć, że nie wszyscy generałowie, którzy spisali się fantastycznie w 1920 roku, w 1939 roku byli równie dobrzy. Wśród dowódców armii doskonale sprawdzili się gen. Kutrzeba i gen. Szylling…

Rezultatem bitwy nad Bzurą, którą wydał Niemcom gen. Kutrzeba, była niemal całkowita zagłada Armii „Poznań” i „Pomorze”...

Z.W.: Pierwsze uderzenie gen. Kutrzeby powoduje, że Niemcy zatrzymują ofensywę na Warszawę. Sytuacja mogłaby wyglądać inaczej, gdyby na tyły jednostek niemieckich wyszło silnych kontruderzenie z Warszawy. Ta próba przejścia do ofensywy zmniejszyła niemiecki nacisk nad środkową Wisłą. Ułatwiła przygotowanie stolicy do obrony i reorganizację polskiej armii.  

Kilku wyższych dowódców zupełnie się nie sprawdziło. Gen. Dąb-Biernacki fatalnym dowodzeniem przyczynił się do klęski Armii „Prusy”, potem został dowódcą Frontu Północnego i znowu zawiódł, a wreszcie porzucił swe oddziały. Walczące wojsko zostawili też na pastwę losu gen. Rómmel z Armii „Łodź”, i gen. Fabrycy z Armii „Karpaty”. Jak to możliwe?

Z.W.: Nie wszyscy potrafili się dostosować do niemieckiej wojny błyskawicznej. Ilu francuskich marszałków czy generałów załamało się podczas kampanii 1940 roku? Ilu sowieckich dowódców frontów i armii zawiodło w 1941 roku? Gen. Rómmel zrehabilitował się później w Warszawie. Poza tym mieliśmy też fantastycznych generałów, jak gen. Wiktor Thommée, gen. Mieczysław Boruta-Spiechowicz. Bardzo dobrze dowodzili kawalerzyści gen. Roman Abraham i gen. Władysław Anders...

Mówi się o Andersie, że we wrześniu 1939 roku unikał walki.

Z.W.: Nie unikał. W wojsku wypełnia się rozkazy, a te, które dostawał, były sprzeczne. Anders miał zmysł do walki, ale dowodził rozważnie, nie szafując bez potrzeby krwią żołnierzy. Wyprowadził swą grupę kawalerii spod Tomaszowa Lubelskiego, a potem przedzierał się ku granicy węgierskiej, umiejętnie lawirując między oddziałami niemieckimi i sowieckimi.

Naczelny Wódz marszałek Rydz-Śmigły za często ingerował w kompetencje dowódców armii i grup operacyjnych. W jego drobiazgowych rozkazach nie widać generalnej myśli. Po ewakuacji z Warszawy utracił kontrolę nad sytuacją, a jego decyzje często były spóźnione o kilka dni.

Z.W.: Jego błąd polegał na tym, że chciał być jak marszałek Piłsudski i decydować o wszystkim. Miał fantastyczny sztab, świetnych oficerów, i powinien pozwolić im działać, zatwierdzając tylko ich decyzje. Większość szefów sztabów armii to byli fantastyczni oficerowie. Muszę podkreślić, że mieliśmy doskonałą kadrę oficerską. Gen. Kustroń, dowódca 21. Dywizji Piechoty Górskiej, gdy jego dywizja szła do ataku na blokujące jej drogę pozycje niemieckie, szedł w pierwszym szeregu z karabinem – zupełnie jak ks. Józef Poniatowski pod Raszynem – i zginął. Polskim oficerom nie można odmówić woli walki i dużej wiedzy wojskowej. Przytłoczyła ich wielka machina wojenna przeciwnika. Cały czas mówimy jednak o tym, co się dzieje do 17 września, gdy w granice Polski wkracza Armia Czerwona. Armia polska jest jeszcze nie w pełni rozwinięta, Kutrzeba nadal walczy nad Bzurą, mamy wciąż dość duże siły na wschodzie kraju, ściągane są jednostki na tzw. przedmoście rumuńskie.

Ale polski plan obrony na linii wielkich rzek runął, bo Niemcy szybciej dotarli do przepraw.

Z.W.: To zasługa motoryzacji ich armii. Ale kiedy XIX Korpus Pancerny Guderiana dochodzi do Brześcia? Dopiero 14 września, choć niemieccy sztabowcy myśleli, że zajmie to ważne miasto i twierdzę jeszcze w pierwszym tygodniu wojny. Niemieckie czołgi zużywają się – w drugim tygodniu wojny widać to już wyraźnie. Trzeba je reperować, dostarczać im zaopatrzenie po coraz dłuższych liniach komunikacyjnych. Impet niemiecki wyraźnie słabnie. To stwarza Polakom szansę na ustabilizowanie sytuacji i oparcie się na południowym wschodzie kraju. Dopiero uderzenie Sowietów 17 września niweczy możliwość dalszego oporu.

To prawda, ale armia polska w starciu z niemiecką poniosła ciężką klęskę.

Z.W.: Została zmuszona do odwrotu. Klęskę ponieśliśmy dopiero po 20 września. 

Czy marszałek Rydz-Śmigły postąpił słusznie, przechodząc nocą z 17 na 18 września granicę rumuńską? Walcząca jeszcze armia pozostała bez wodza.

Z.W.: To trudne pytanie. Prezydent i rząd musieli przekroczyć granicę, bo reprezentowali majestat Rzeczypospolitej i nie mogli ryzykować dostania się do sowieckiej niewoli. Ale marszałek miał szansę utrzymać się na terytorium Polski jeszcze przez dwa – trzy dni. Mógł się cofnąć ku granicy węgierskiej. Pamiętajmy, że na Węgry przeszło pięćdziesiąt parę tysięcy żołnierzy, w tym zmotoryzowana 10. Brygada Kawalerii płk. Maczka. Tam mógł próbować ściągnąć inne oddziały. Ostatni rozkaz, jaki wydał, był zrzucany przez lotników, ale nie dotarł do większości wojska.

Ostatni rozkaz Naczelnego Wodza głosił: z Sowietami nie walczyć. Czy brak wyraźnego stwierdzenia, że mamy do czynienia ze zbrojną napaścią wschodniego sąsiada na Polskę, był kolejnym błędem Rydza-Śmigłego?

Z.W.: Marszałek liczył zapewne, że Sowieci przepuszczą nasze oddziały do Rumunii i na Węgry; w rozkazie jest o tym mowa. Ale to było jego pobożne życzenie. Nie dotarły do niego meldunki, które już 17 września mówiły, co Sowieci robią z polskimi żołnierzami. Natomiast informacje, które dotarły, były mylące, np. gen. Skuratowicz meldował, że Sowieci nie walczą, machają czapkami i mówią, że będą „bić Germańca”. Była to błędna decyzja, ale podjęta w wyjątkowo trudnych okolicznościach.

Polskę mogła uratować tylko kontrakcja aliantów. Czy Francuzi i Brytyjczycy mogli pobić Trzecią Rzeszę w 1939 roku?

Z.W.: Alianci na froncie zachodnim mieli dużą przewagę. Ale Francuzi nie byli do wojny przygotowani, a przede wszystkim nie chcieli walczyć. Mieli traumę po pierwszej wojnie światowej, w której ponieśli ogromne straty. Maurice Chevalier śpiewał piosenkę Nie będziemy umierać za Gdańsk. Brytyjczycy zaś byli za słabi, żeby uderzyć samodzielnie.

Pod koniec września 1939 roku tworzą się władze polskie na emigracji, zaczyna się formowanie wojska we Francji. Jak pan ocenia upadek ekipy sanacyjnej i przejęcie władzy przez Sikorskiego?

Z.W.: Działo się to pod dyktatem Francji. 17 września prezydent Mościcki ogłosił swym następcą Bolesława Wieniawę-Długoszowskiego, ówczesnego ambasadora w Rzymie. Francuzi to blokują i zmuszają Wieniawę do rezygnacji. Następcą prezydenta zostaje Władysław Raczkiewicz, piłsudczyk, ale niezwiązany ściśle z przedwrześniową ekipą rządową. Można nawet powiedzieć, że był w opozycji do Rydza-Śmigłego, kojarzony raczej z obozem prezydenckim. W Paryżu go zaakceptowano, choć bez entuzjazmu. Władze francuskie chciały, aby nowy polski rząd utworzył gen. Sikorski, który przedostał się do Rumunii. Tam rozmawiał z nim o tym ewakuowany z Warszawy ambasador Leon Noël.

Dlaczego właśnie Sikorski?

Z.W.: Reprezentował antysanacyjną opozycję i był frankofilem. W Paryżu wiedziano też, że ma wyobrażenie o nowoczesnej wojnie. Został premierem 30 września. Naczelnym Wodzem. został dopiero 7 listopada, zresztą przy oporze Raczkiewicza, który nie chciał, żeby skupił władzę cywilną i wojskową w swoich rękach. Zasługą Sikorskiego jest to, że udało się ewakuować do Francji kilkadziesiąt tysięcy ludzi i uzyskać zgodę władz francuskich na mobilizację do Wojska Polskiego przedstawicieli tamtejszej Polonii. Gdyby tych ludzi nie zagospodarowano, byliby straceni dla sprawy polskiej.

Dziękuję za rozmowę.

 

Nota:

Zbigniew Wawer, historyk wojskowości, autor programów telewizyjnych i filmów dokumentalnych poświęconych drugiej wojnie światowej i książek, ostatnio wydał „Monte Cassino 1944”, „Monte Cassino. Walki 2. Korpusu Polskiego” (obie nakładem Bellony SA) i „Od Buzułuku do Monte Cassino” (wyd. ZP Grupa)



Kalendarium

24 czerwca 1976: ogłoszenie przez premiera Piotra Jaroszewicza podwyżek cen żywności, które stało się przyczyną protestów robotniczych.

Bieżący numer

04 czerwiec 2019
nr 6 (713)

Prenumerata  | Reklama  | Kontakt

Zamknij X

Błąd wczytywania.

Zamknij X