PIASTOWIE, CHRZEST POLSKI I POCZTKI PASTWA POLSKIEGO
Krzyacy Henryka Sienkiewicza  prawda i fikcja
dzieje.pl Imperium Romanum Muzeum Historii Pols Muzeum II Wojny Światowej Muzeum Pałac w Wilanowie NARODOWE ARCHIWUM CYFROWE PTH Zamek Królewski w Warszawie 
Polub nas na Facebook'u
ekiosk.pl

Mówią Wieki 9/2018

tylko
8.50 zł

DOSTʘPNE NA:
Win, iPad, Android

pobierz obrazy

EGIPSKA TRAGEDIA

Mariusz Hoffman


Czeka cię ten sam los co Sadata. I nic cię nie uratuje, kiedy nadejdzie czas, gdy będziemy mogli cię dosięgnąć. To było jedyne zdanie, które wydostało się na zewnątrz sali sądowej podczas kairskiego procesu członków jednej z radykalnych grup Stowarzyszenia Braci Muzułmanów w marcu 1982 roku. Groźba była skierowana do Hosniego Mubaraka, który w świeżo sfałszowanych wyborach został wybrany na czwartego prezydenta Egiptu.

 

6 października 1981 roku. Dzień Wojska, święto ustanowione dla upamiętnienia wypchnięcia izraelskich wojsk ze strefy Kanału Sueskiego podczas wojny Jom Kippur. Ostatecznie konflikt zakończył się remisem ze wskazaniem na Egipt: udało mu się odzyskać Kanał Sueski i część półwyspu Synaj. Resztę ziem, które Egipcjanie stracili podczas wojny sześciodniowej w 1967 roku, można było odzyskać albo przez kolejne wojny, albo przez negocjacje. Prezydent Egiptu Anwar Sadat zdecydował się na to drugie.

Dzień zapowiadał się rewelacyjnie. Nigdy przedtem arabskie środki masowego przekazu nie nadały tak wielkiej rangi żadnej takiej uroczystości. Wojskowa defilada miała się stać ogólnonarodowym świętem, demonstracją potęgi państwa, a przede wszystkim służyć polepszeniu wizerunku Sadata, mocno nadszarpniętego po zawarciu układu w Camp David. Kiedy w marcu 1979 roku Egipt zawarł separatystyczny pokój z Izraelem, świat muzułmański okrzyknął Sadata zdrajcą. Sankcje nałożone przez Ligę Państw Arabskich obejmowały zawieszenie Egiptu w prawach członkowskich (siedzibę LPA przeniesiono do Tunezji), zerwanie stosunków dyplomatycznych oraz cofnięcie pomocy gospodarczej, co oznaczało jeszcze większe uzależnienie ekonomiczne od Stanów Zjednoczonych. Camp David w potocznej mowie zaczęło oznaczać zdradę.

18_11_2013_14_26_10.jpg

FOT. Prezydent Egiptu Anwar Sadat (z lewej), prezydent USA Jimmy Carter (w środku) i premier Izraela Menachem Begin (z prawej) podczas rozmów w Camp David w 1978 roku. Porozumienie z Izraelem, które zawarł prezydent Egiptu, było dla świata arabskiego zdradą


Fundamentaliści spod znaku Bractwa Muzułmańskiego całkowitą winą za ten stan rzeczy obarczali właśnie Sadata. Prezydent, chcąc ich jakoś udobruchać, w 1980 roku wprowadził poprawkę do konstytucji, według której prawo muzułmańskie miało być podstawą prawa państwowego. Również z jego inicjatywy Zgromadzenie Narodowe przyjęło kodeks etyczny, nazwany prawem wstydu. Przewidywał zakaz krytykowania islamu i agitowania przeciwko jedności społeczeństwa. Jednak opozycja uznała te gesty za działania pozorowane; prezydentowi zarzucano także, iż przy okazji referendum wprowadzającego poprawki do konstytucji przemycił zapis o nieograniczonej liczbie kadencji jednej osoby na urzędzie prezydenta. W praktyce oznaczało to dożywotnią prezydenturę. Fundamentaliści wydali wyrok na Sadata. 

 

Kulminacyjnym punktem defilady 6 października 1981 roku miał być przejazd dopiero co otrzymanych od Amerykanów czołgów M-60 z towarzyszeniem oddziałów wojska wszystkich rodzajów broni. Na defiladzie był obecny niemal cały korpus dyplomatyczny, attachés wojskowi, przedstawiciele firm zagranicznych oraz turyści. Kolumna maszerujących wojsk  miała mieć długość 16 km, a czas przejazdu przed trybuną główną obliczano na ponad dwie godziny. Wydarzenie było na żywo relacjonowane przez telewizję.

O godz. 11 pod trybunę honorową majestatycznie podjeżdża czarny cadillac. Wysiada z niego Sadat, który prezentuje się niezwykle efektownie: granatowy mundur bogato zdobiony złotem, pierś przepasana ciemnozieloną, szeroką wstęgą orderu Gwiazdy Synaju, brązowe wysokie buty. Prezydent pozdrawia honorowych gości i dostojnym krokiem wchodzi na trybunę. W loży pod białym baldachimem stoją trzy fotele. Sadat zajmuje środkowy. Z prawej strony siedzi wiceprezydent Hosni Mubarak, z lewej minister obrony gen. Abu Ghazala. Miejsce z tyłu zajmuje szef ochrony prezydenta i zarazem jego osobisty sekretarz Fauzi Abdul Hafez. W przeciwieństwie do wiceprezydenta i ministra obrony, którzy są bez broni, u boku Hafeza zwisa pistolet automatyczny. Na dole, przodem do trybuny, stoją oficerowie w mundurach gwardii republikańskiej, którzy mają stanowić dodatkową ochronę. Ich ustawienie będzie bardzo istotne dla dalszego przebiegu wydarzeń.


18_11_2013_14_25_50.jpg

 Fot. Sadat (z lewej) i Hosni Mubarak, wtedy wiceprezydent Egiptu, podczas feralnego Dnia Wojska 6 października 1981 roku, 

fot. East News/AP Photo/Bill Foley


O godz. 11.25 gen. Ghazala wydaje rozkaz rozpoczęcia defilady. Otwiera ją kawalkada pustynnej kawalerii, za nią idą dwie orkiestry wojskowe, następnie długa kolumna oficerów z egipskich akademii wojskowych. W południe na niebie pojawiają się śmigłowce. Odrywają się od nich ciemne punkty, nad którymi po chwili rozwijają się wielokolorowe czasze spadochronów. To żołnierze dywizji powietrzno-desantowej, chluby egipskiej armii, tej samej, która w 1973 roku wyswobodziła strefę Kanału Sueskiego. Komandosi, oklaskiwani przez publiczność,  lądują tuż przed trybuną honorową. Po nich przychodzi kolej na jednostki egipskich sił bezpieczeństwa; tuż za nimi jadą transportery opancerzone żołnierzy korpusu zwiadowczego.

O godz. 13 rozpoczyna się prezentacja różnych typów uzbrojenia, ale wcześniej na niebie ukazują się smukłe sylwetki amerykańskich myśliwców F-4 Phantom i francuskich Mirage, które znamionują zasadniczą zmianę w polityce zagranicznej Egiptu. Za samolotami ciągną się smugi w egipskich barwach narodowych. Pogoda sprzyja takim pokazom: na niebie nie ma ani jednej chmurki, jest bezwietrznie i gorąco (32 st. Celsjusza). Podniebny spektakl jest tak fascynujący, że przez długi czas nikt nie obserwuje tego, co się dzieje na ziemi. A tu sunie kolumna ciężarówek pomalowanych na ochronny piaskowy kolor, ciągnących działa kalibru 120 i 135 mm.

 

Śmierć faraonowi

Przed trybuną honorową zatrzymuje się jedna z maszyn. W kabinie znajduje się dwóch ludzi: szeregowiec kierujący pojazdem i porucznik, dowódca oddziału znajdującego się na platformie ciężarówki. W pewnym momencie oficer przykłada kierowcy pistolet do skroni i zmusza do opuszczenia pojazdu. Następnie zajmuje jego miejsce i przez otwarte okno krzyczy coś do znajdujących się na platformie żołnierzy, którzy zeskakują z ciężarówki i podbiegają do trybuny. Na nieszczęście dla Sadata był on jednym z nielicznych widzów, którzy obserwowali zarówno niebo, jak i ziemię. Gdyby siedział nieruchomo i patrzył tylko w górę, niewykluczone, że zostałby bohaterem, który przeżył zamach. Myśląc, że biegnący żołnierze to jego fanatyczni wielbiciele, którzy chcą mu oddać honory, wstaje i salutuje. Jeden z żołnierzy rzuca świecę dymną, a następnie granat. Ten nie eksploduje. Pada okrzyk: „Śmierć faraonowi!”. Drugi granat również okazuje się niewybuchem, eksploduje dopiero trzeci. Oficer dowodzący komandem biegnie w kierunku trybuny, osłaniany przez drugiego zamachowca krótkimi seriami z kałasznikowa. Dwaj pozostali posyłają serie z pistoletów maszynowych w kierunku miejsca, gdzie powinien się znajdować prezydent. Ginie osobisty fotograf Sadata, który towarzyszył prezydentowi na wszystkich oficjalnych uroczystościach. Po 19 sekundach podporucznik dowodzący zamachowcami przeskakuje barierkę i puszcza kolejne serie w kierunku prezydenta. Wokół trwa strzelanina: ochrona, która stała tyłem do publiczności, wreszcie reaguje. Zamachowcy wycofują się; jeden, trafiony kulami, pada na jezdnię. Wszystko trwa 45 s.

18_11_2013_14_26_02.jpg

Fot. Zamachowcy ostrzeliwują trybunę główną – większość gości zdołała już uciec w popłochu

Ciężko ranny Sadat został błyskawicznie przetransportowany do pobliskiego szpitala wojskowego, kilka minut później trafił tam Hosni Mubarak – co ciekawe, wiceprezydent był tylko lekko ranny w rękę. Sadata trafiło wiele kul: w lewy bok, szyję, udo. Śmiertelna była ta, która przebiła aortę. Na stole operacyjnym rozpoczęła się blisko dwugodzinna batalia o życie prezydenta. O godz. 14.55 było już po wszystkim. Chwilę później w kairskich stacjach radiowych i w telewizji przerwano program, by nadać następujący komunikat: Prezydent Anwar as-Sadat nie żyje. Przyczyną śmierci były szok nerwowy, utrata krwi oraz obrażenia organów niezbędnych do życia. Jego ciało znajduje się w szpitalu. Przystąpiono do balsamowania zwłok. Według wielu opinii Sadat już nie żył, kiedy przewieziono go do szpitala, a informację o tym podano z dwugodzinnym opóźnieniem na polecenie Mubaraka, który chciał się lepiej przygotować do publicznego wystąpienia. Jego słowa zabrzmiały sztucznie i banalnie: O wielki narodzie! Najlepszym sposobem uczczenia przywódcy, który tak tragicznie zginął, będzie jedność i kontynuacja jego walki o to, by Egipt zawsze pozostał silny i pełen chwały.

W pozostałych krajach arabskich reakcja była zgoła inna. Pierwszy zabrał głos Muammar Kaddafi: Taka jest kara, która spotka każdego, kto zdradzi naród egipski i naród arabski. W Damaszku na ulice wyległy rozentuzjazmowane tłumy. Masy tańczących mężczyzn i kobiet. Rozradowane twarze. Trąbiący kierowcy pokazują gesty zwycięstwa. W telewizyjnym wystąpieniu prezydent Syrii Hafez al-Asad wypowiedział znamienne słowa: Śmierć Sadata jest zwycięstwem sprawy arabskiej. Odzywa się też Jaser Arafat: Ta operacja przeprowadzona przez wielki naród egipski za pośrednictwem jego bohaterskiej armii udowodniła, że sprawa Palestyny wciąż jeszcze jest żywa w sercach naszych braci. Naród egipski nigdy nie mógł wybaczyć temu człowiekowi zaprzedania Jerozolimy. Czyż nie powtarzałem przy każdej nadarzającej się okazji, że noc, jaka ogarnęła Egipt, nie będzie trwała długo i że kiedy nadejdzie wielka powódź, pochłonie ona wszystkich zdrajców i agentów? Bardziej radykalny jest jego zastępca Salah Kalafa: Ten zamach położył kres jednemu z najohydniejszych reżimów w historii świata arabskiego i jest dowodem świadomości politycznej narodu egipskiego, a także świadectwem przejścia opozycji z etapu sprzeciwu biernego do sprzeciwu czynnego. Strzały oddane przez egipskich żołnierzy były również strzałami palestyńskich rewolucjonistów oddanymi w zdrajcę, który skapitulował przed wrogiem syjonistycznym i amerykańskim. W Bejrucie wszędzie widać plakaty Libańskiego Ruchu Narodowego, który wzywa do masowych demonstracji, aby „nacieszyć się śmiercią faraona”. Premier Libanu Szafik Wazzan stwierdza:  Anwara as-Sadata zabiło Camp David. Powinna to być lekcja historii. Układy z Camp David, które wprowadziły świat arabski w stan wrzenia i zaogniły konflikt libański, nie mogły przetrwać. W Bagdadzie w imieniu Rady Dowództwa Rewolucji głos zabrał Saddam Husajn: Zabicie Sadata jest pouczającą lekcją historii, która jeszcze raz przekreśliła iluzję, że zdrajcy mogą rządzić w nieskończoność, lekcją, która powinna być także przestrogą dla tych, co sądzą, że mogą w dalszym ciągu spiskować i opracowywać plany konspiracyjne przeciwko narodowi arabskiemu, opierając się na współpracy z naszymi wrogami.

Jedynie przywódcy Sudanu i Maroka złożyli na ręce Mubaraka kondolencje w imieniu własnych narodów.

 

Spisek

Egipscy integryści myśleli o zamachu na Sadata od chwili podpisania przez niego układu pokojowego z Izraelem. Natomiast wykonawców znaleziono dość przypadkowo. W jednostce artylerii stacjonującej ok. 30 km od Kairu dwaj młodzi żołnierze oświadczyli przełożonemu, że nie zgolą bród, bo są wiernymi wyznawcami Proroka. Oficer nie mógł sobie pozwolić na taką niesubordynację. Nakazał doprowadzić ich siłą do pułkowego fryzjera i ogolić. Doszło do regularnej bijatyki. Buntownicy najpierw trafili do aresztu, a następnie zostali wyrzuceni z armii. Zasilili rzesze bezrobotnych kairczyków i szeregi radykalnej organizacji At-Takfir wa-al-Hidżra (Oskarżenie o Niewiarę i Wywędrowanie). Większość jej członków wywodziła się ze Stowarzyszenia Braci Muzułmanów. Ugrupowanie liczyło wtedy pół tysiąca aktywistów, a jego celem było wprowadzenie państwa opierającego się na szarii i zadekretowania przez władze systemu politycznego z okresu czterech „sprawiedliwych” kalifów. Było to rozwinięcie koncepcji hakimijji, zgodnie z którą prawomocność władzy zależy od zgody ludu – jego poparciem cieszą się prawowierne władze rządzące zgodnie z szarią; porzuciwszy ją, tracą zaufanie ludu i legitymację do rządzenia.

18_11_2013_14_25_43.jpg

 

Fot. Egipcjanie opłakujący prezydenta Sadata, fot. East News/AP Photo 


Nowym mentorem egipskich fundamentalistów został Muhammad Abd as-Salam Faradż, który pod koniec lat siedemdziesiątych XX wieku opublikował książkę Al-Farida al-Ghaiba  (Ukryta powinność). Dowodził, że dżihad jako kital, bój w obronie wiary, powinien być obowiązkiem każdego muzułmanina i szóstym filarem wiary. Jest to o tyle istotne, że w szerokim znaczeniu dżihad to walka muzułmanina z własnymi słabościami. Zachód mylnie posługuje się tym terminem jedynie jako określeniem świętej wojny. Tymczasem aktywna walka zbrojna w islamie to właśnie kital. Faradż był zwolennikiem bezpośredniej akcji uświadomionej mniejszości, która miała przejąć władzę i siłą wprowadzić prawo muzułmańskie.

Członkiem At-Takfir wa-al-Hidżra był 24-letni por. Chalid Ahmad Szauki al-Islambuli. Skontaktował się z usuniętymi z pułku artylerii żołnierzami i razem z nimi zaczął planować zamach na Sadata. Islambuli miał szczególny powód, by nienawidzić prezydenta − z jego rozkazu parę miesięcy wcześniej został aresztowany starszy brat porucznika Muhammad. Na początku 1981 roku spiskowcy nawiązali kontakt z Faradżem i ppłk. Abd al-Latifem az-Zumurim, który pracował w egipskim kontrwywiadzie i był wojskowym doradcą Bractwa Muzułmańskiego. Rozważano różne sposoby przeprowadzenia zamachu; kiedy Islambuli dowiedział się, że został wyznaczony do udziału w defiladzie 6 października, zdecydowano się zastrzelić Sadata podczas przejazdu obok jego trybuny. Oprócz niego w zamachu mieli wziąć udział Atta Tail Hamid Rahil (27-letni oficer rezerwy), Abd al-Hamid Abd as-Salam Abd al-Ala (księgarz i łącznik integrystów) oraz Husajn Abbas Muhammad. Ten ostatni był mistrzem armii w strzelaniu i to on miał oddać do Sadata decydujące strzały. Tak się też stało. Oprócz prezydenta zginęło 11 osób, m.in. ambasador Kuby, attaché wojskowy Omanu, biskup Kościoła koptyjskiego. 28 notabli zostało rannych.

Po zamachu nastąpiły masowe aresztowania. W ciągu miesiąca w więzieniach znalazło się 700 osób. Z armii zwolniono 30 oficerów i 104 żołnierzy. Oficjalnie poinformowano, że o udział w zamachu podejrzane są 24 osoby. Kilka dni później islamiści starli się z wojskiem i policją w Ajsucie; zginęło 80 osób. Władze aresztowały 1,5 tys. członków bojówek fundamentalistycznych. Do końca 1981 roku ta liczba wzrosła do 2500 osób.

21 listopada rozpoczął się proces zamachowców. Reprezentowało ich aż 35 obrońców. W sposób pełen patosu starali się oni wykazać, że prezydent doprowadził do erozji kultury muzułmańskiej i nie miał elementarnych kwalifikacji na przywódcę kraju islamskiego. Rzecz jasna sąd był innego zdania, zapadły surowe wyroki. Czterech głównych oskarżonych oraz Faradż zostali skazani na karę śmierci, 17 otrzymało kary od pięciu lat po dożywocie. Hosni Mubarak nie skorzystał z prawa łaski. 15 kwietnia 1982 roku wyrok wykonano.

Po 30 latach od tamtych wydarzeń wydawało się, że ziścił się sen Faradża. W wyniku arabskiej wiosny w 2011 roku Bractwo Muzułmańskie przejęło władzę, powołana przez nie Partia Wolności i Sprawiedliwości wygrała wybory parlamentarne. Rok później jej ideolog Mohammed Mursi wygrał wybory prezydenckie, a poprzedni prezydent Hosni Mubarak został skazany na dożywocie. Ale do akcji znów wkroczyła armia, przerażona islamizacją państwa i stopniową utratą wpływów. Dokonano zamachu stanu. Bractwo zostało zdelegalizowane, a jego majątek skonfiskowany. W więzieniu wylądował Mursi i całe kierownictwo Bractwa z Mohammedem Badie na czele. Mubarak z więziennego szpitala trafił do aresztu domowego ze względu na zły stan zdrowia.

Na koniec ciekawa konstatacja: kraje zachodnie w Egipcie wspierają armię przeciwko integrystom, a w Syrii integrystów przeciwko armii. Tragedia egipska trwa.

Nota o autorze: Mariusz Hoffman, Absolwent Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego. Zajmuje się problematyką przemian politycznych w świecie islamskim.

 



Kalendarium

31 sierpnia 12: Caius Iulius Caesar Kaligula, cesarz rzymski w latach 37–41n.e.

Bieżący numer

04 wrzesień 2018
nr 9 (704)

Prenumerata  | Reklama  | Kontakt

Zamknij X

Błąd wczytywania.

Zamknij X