14 marca zmarł po krótkiej i gwałtownej chorobie prezes Oficyny Wydawniczej „Mówią wieki”, jeden z kilku najważniejszych ludzi w ponadpięćdziesięcioletniej historii naszego pisma, człowiek, który obok śp. prof. Stefana Mellera miał największy udział w jego uratowaniu na początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku. Przyjaciel, współpracownik, wspólnik – we wszystkich tych rolach niezawodny.
Miał 68 lat. Dużo za mało, tym bardziej, że nikt nie widział w nim starszego pana, co najwyżej − starszego kolegę. Pamiętamy, jak na jego sześćdziesiąte urodziny przyszedł tłum ludzi: widać było, jak wielu ma serdecznych przyjaciół. Śp. Jacek Kuroń, jego mistrz i nauczyciel w harcerstwie, opowiadał wtedy, jak wiele nauczył się od swego ucznia... My też. I chcieliśmy się uczyć jeszcze dłużej. Niestety, ta lekcja nagle się urwała; pewnie jedyna za krótka lekcja w naszym życiu.
On też uczył się w „Mówią wieki”, bo z wykształcenia był chemikiem, nawet doktorem tej nauki. Nie był jednak do niej przesadnie przywiązany, czuł się humanistą i od czasu do czasu narzekał, że nie dane mu było poświęcić się studiom humanistycznym. Był radykalnym patriotą miesięcznika i wydającej go oficyny. Wnosił w naszą pracę nieoceniony czynnik solidności i stabilności; bez Józka będzie dużo trudniej. Był (jak to strasznie brzmi) człowiekiem niezwykle skromnym i prostolinijnym, nieskorym do eksponowania własnej osoby – wolał „gry zespołowe”. Nawet o swojej roli w opozycji demokratycznej z czasów PRL i internowaniu w Białołęce mówił niewiele, a jeśli już, to z dużym dystansem. Za to o nim mówiono w samych superlatywach. Ktoś powiedział, że „było to środowisko ludzi niezwykle uczciwych, ale nawet na tym tle Józek się wyróżniał”. Bo taki też był w każdych okolicznościach: skrajnie uczciwy, zawsze szczerze wypowiadający swoje zdanie – czasem pod prąd.
O wiele bardziej niż sobą interesował się tym, co wokół. Zajmowało go wszystko, a już najbardziej ludzie, na których przez grube szkła swoich okularów patrzył z nieco sceptyczną życzliwością. Wszyscy dzielimy się na tych, których interesują dusze, i na tych, których bardziej zajmują „składy chemiczne”. Józek Chajn bezwzględnie należał do tych pierwszych; po prostu i zwyczajnie był zaprzątnięty życiem innych. Już nie żyje. Ciężko będzie nam sobie z tym poradzić.