Jesienią 1940 roku komandor Eugeniusz Pławski przejmował dowództwo nad niszczycielem ORP „Piorun”, przekazanym Polskiej Marynarce Wojennej przez Royal Navy w zamian za zatopionego pod Narwikiem „Groma”. Przecierał zapewne oczy ze zdumienia, gdy na jego nowoczesny okręt dostarczono... pałasze. Nie był to żart, ale zapobiegliwość brytyjskiej Admiralicji, gdyż kilka miesięcy wcześniej marynarze z niszczyciela HMS „Cossack” abordażem, z pałaszami w rękach, zdobyli w norweskim fiordzie niemiecki statek zaopatrzeniowy i uwolnili niemal 300 brytyjskich jeńców.
21 sierpnia 1939 roku niemiecki pancernik kieszonkowy „Admiral Graf Spee” pod dowództwem komandora Hansa Langsdorffa wymknął się z Wilhelmshaven i popłynął na południowy Atlantyk. Miał tam operować przez kilka następnych miesięcy i zwalczać żeglugę handlową. Tak duży okręt nie mógł jednak działać bez wsparcia jednostek pomocniczych. Dlatego już nieco wcześniej wyszedł z Niemiec nowoczesny tankowiec „Altmark”, który miał zaopatrywać pancernik m.in. w paliwo i żywność. Dowodził nim liczący wówczas 65 lat kapitan Heinrich Dau. Po raz pierwszy obie jednostki spotkały się na przełomie sierpnia i września 1939 roku. Do zbiorników „Admirala Grafa Spee” przepompowano część paliwa i przeniesiono pewną ilość zapasów.
Kiedy na początku września do wojny przystąpiły Wielka Brytania i Francja, „Admiral Graf Spee” rozpoczął korsarską akcję. Krążąc po wodach południowego Atlantyku między Ameryką Południową i Afryką, atakował alianckie statki handlowe. W trzy miesiące zatopił dziewięć jednostek. Jako pierwszy zatonął brytyjski „Clement”. Jego los podzieliły: „Newton Beech”, „Ashlea”, „Huntsman”, „Trevanion”, „Africa Shell” , „Doric Star”, „Tairoa”. Marynarki wojenne Wielkiej Brytanii i Francji robiły wszystko, by znaleźć korsarza. Do akcji skierowano aż 22 okręty wojenne. Ale „Admiral Graf Spee” skutecznie wymykał się z zastawianych pułapek. Brytyjczycy i Francuzi nie mieli pojęcia, gdzie szukać korsarza, nie byli nawet pewni, który z okrętów Kriegsmarine dezorganizuje żeglugę handlową na południowym Atlantyku.
ŁOWY NA NIEMIECKIEGO KORSARZA
Wreszcie Niemców opuściło szczęście. Ostatnią ofiarą „Admirala Grafa Spee” był płynący z Montevideo SS „Streonshalh”. Na podstawie zdobytych na brytyjskim statku informacji kmdr Langsdorff uznał, że najlepszym terenem łowieckim dla jego okrętu będzie teraz ujście rzeki Rio de la Plata. Tam właśnie odnalazł go komodor Harwood, dowódca zespołu okrętów, w którego skład wchodziły krążowniki: „Exeter”, „Ajax” i „Achilles”. Do starcia doszło 13 grudnia 1939 roku o świcie. Pierwszy zaczął strzelać „Exeter”, najsilniejsza jednostka Harwooda. Na nim więc skoncentrował się ogień dwudziestoośmiocentymetrowych dział niemieckiego pancernika. Ośmiocalowe (203 mm) armaty „Exetera” nie mogły zrobić wielkiej krzywdy potężnemu przeciwnikowi, a znacznie mniejsze, sześciocalowe lufy „Ajaksa” i „Achillesa” nie liczyły się w tej rozgrywce. Po dwugodzinnej walce ciężko uszkodzony „Exeter” wycofał się i skierował na Falklandy.
Ogień przerwał też „Admiral Graf Spee”. Nie ucierpiał zbytnio w starciu, ale zginęło 36 marynarzy, a uszkodzenia (m.in. jednej wieży działowej, kadłuba, systemu celowniczego i układu paliwowego) uniemożliwiały rejs do Niemiec z alianckim pościgiem na karku. Komandor Langsdorff obrał więc kurs na stolicę Urugwaju Montevideo, gdzie zacumował 14 grudnia po północy. W ślad za nim popłynęły „Ajax” i „Achilles”. Nie mogły zniszczyć niemieckiego pancernika, ale mogły go pilnować. Brytyjczycy, wykorzystując przepisy prawa morskiego, przedłużali postój wrogiego okrętu w neutralnym porcie, zyskując czas na ściągnięcie posiłków. Langsdorff uznał, że sytuacja jest beznadziejna, i 17 grudnia 1939 roku, po konsultacjach z Hitlerem, rozkazał zatopić „Admirala Grafa Spee”. Niedługo potem w Montevideo popełnił samobójstwo.
JENIECKI LOS NA POKŁADZIE „ALTMARKA”
Przetrzymywanie brytyjskich marynarzy z zatopionych statków na niemieckim pancerniku było dla kmdr. Langsdorffa kłopotliwe, więc przekazywano ich na pokład „Altmarka”. W sumie było ich 299, w tym dwóch kapitanów i 12 oficerów. Warunki stworzone jeńcom przez kapitana Daua były trudne do zniesienia. Ulokowano ich w kilkupoziomowych opróżnionych ładowniach. Pomieszczenia nie miały wentylacji, było w nich bardzo duszno. Nie było też koi, na pokładach rozłożono więc zdobyte wcześniej na jednym ze statków indyjskie dywany i bele juty. Dzięki temu jeńcy nie spali na stalowych blachach. Większość z nich przed opuszczeniem swych statków nie zdołała zabrać nawet najpotrzebniejszych rzeczy. Brakowało pasty do zębów, papierosów, nawet mydła.
więcej w lutowym numerze Magazynu Historycznego "Mówią wieki" (2/2010)