|
"NIECHCIANI GOŚCIE" Z INNEJ PERSPEKTYWY |
|
Rafał Wnuk
W kwietniowym numerze "Mówią wieki" ukazał się interesujący tekst Jiriego Friedla na temat Brygady Świętokrzyskiej NSZ. Autor wiele miejsca poświęcił oddziałowi AK por. Tadeusza Kuncewicza "Podkowy", którego żołnierze, jak wykazało śledztwo, zabili strzałami w tył głowy czeskiego oficera i jego kierowcę. Według Friedla oddział ten postanowił się przebić do stacjonującej wówczas na terytorium Czechosłowacji Brygady Świętokrzyskiej. Autor tę część tekstu napisał prawdopodobnie wyłącznie na podstawie akt czechosłowackiego aparatu bezpieczeństwa, inaczej bowiem trudno wytłumaczyć, skąd w nim tyle błędnych informacji i niedopowiedzeń.
Wypada zacząć od wyjaśnienia, kim był polski dowódca oraz jaki charakter miał wspomniany oddział. Tadeusz Kuncewicz "Podkowa" od jesieni 1939 roku należał do najaktywniejszych organizatorów podziemia na Zamojszczyźnie. Sprawował wiele ważnych funkcji w ZWZ, a następnie AK. Jego aktywność sprawiła, że połowie 1941 roku Niemcy zaczęli go poszukiwać. Ukrywający się "Podkowa" całkowicie poświęcił się pracy konspiracyjnej. Wiosną 1942 roku na rozkaz przełożonych stworzył oddział dywersyjny, który w końcu tego roku został przekształcony w stały oddział partyzancki złożony z chłopów z okolic Zamościa, Szczebrzeszyna i Zwierzyńca. Na tym terenie nie istniały komórki Narodowych Sił Zbrojnych, a swe siatki obok AK miały jedynie Bataliony Chłopskie. Warto podkreślić, że poglądy polityczne "Podkowy" były dalekie od ideologii NSZ.
Oddział por. Tadeusza Kuncewicza oddział przejawiał dużą aktywność bojową. To na nim w dużej mierze spoczął ciężar walki z Niemcami w okresie wysiedleń i pacyfikacji Zamojszczyzny rozpoczętych w listopadzie 1942 roku. Latem 1943 roku pod jego rozkazami walczyło 120 partyzantów. Ludność co najmniej kilku tamtejszych wsi zawdzięcza "Podkowie" ocalenie. W okresie akcji "Burza" dowodził 2 batalionem 9 pułku piechoty AK i zadał wycofującym się Niemcom ciężkie straty: wziął do niewoli ok. 30 żołnierzy niemieckich i zdobył kilkanaście wozów z bronią i amunicją. 26 lipca 1944 roku batalion opanował miasteczko Szczebrzeszyn na kilka godzin przed wkroczeniem Armii Czerwonej.
Sowieci niedługo po wejściu rozbroili polskie oddziały, część partyzantów aresztowali i wywieźli w głąb ZSRR. "Podkowa" musiał się ukrywać. W końcu 1944 roku rozpoczął odbudowę siatki konspiracyjnej, a w marcu 1945 roku znowu stanął na czele swojego oddziału. W krótkim czasie dowodzony przez niego oddział rozbił większość posterunków MO w zachodniej części Zamojszczyzny, a 27 kwietnia 1945 roku opanował Janów Lubelski i uwolnił wszystkich więźniów z miejscowego więzienia. "Podkowa" to legenda Zamojszczyzny, w wielu wioskach na Roztoczu pseudonim ten jest wymawiany z głębokim szacunkiem. Ostatnio jego imię otrzymała jedna z nowych, tzw. unijnych strażnic Straży Granicznej. Nie ma książki dotyczącej podziemia niepodległościowego na Lubelszczyźnie, w której jego pseudonim nie pojawiłby się przynajmniej kilkanaście razy.
Przejdźmy do sprostowania informacji zawartych w tekście Friedla. "Podkowa" nigdy nie zamierzał przyłączyć się do Brygady Świętokrzyskiej. Biorąc pod uwagę ówczesne możliwości komunikowania się pomiędzy sowiecką a amerykańska strefą okupacyjną, jest mało prawdopodobne, by Tadeusz Kuncewicz wiedział o istnieniu tej formacji, nie mówiąc już o miejscu jej stacjonowania. W maju 1945 roku rozformował oddział i zgłosił swoim przełożonym chęć przedarcia się przez Niemcy do 2 Korpusu gen. Andersa. Pozwolenie otrzymał i w końcu czerwca oznajmił podkomendnym, że z powodu dużego ryzyka mogą z nimpojechać wyłącznie młodzi mężczyźni nie mający rodzin. Zgłosiło się 22 ochotników, z którymi wyruszył w drogę.
Wbrew temu, co napisał Jirˇi Friedl, żaden z partyzantów nie był ubrany w mundur sowiecki. Przy słabej znajomości języka rosyjskiego u jego podkomendnych takie przebranie byłoby wyłącznie przeszkodą. Wszyscy żołnierze "Podkowy" nosili łatwe do zdobycia mundury berlingowskiego WP, posiadali też odpowiednie przepustki i sfałszowane dokumenty. W Zwierzyńcu zatrzymali studebakera (a nie dodge’a, jak chce Friedl), którym jechało dwóch propagandzistów PPR. Amerykańskie studebakery były wówczas powszechnie używane przez Armię Czerwoną i oddziały WP. Jeśli były na nich namalowane jakieś gwiazdy (Friedl pisze o amerykańskiej gwieździe na samochodzie żołnierzy Kuncewica), to z pewnością nie były to oznaczenia armii USA. Poruszanie się samochodem oznakowanym "po amerykańsku" wzbudziłoby natychmiastowe zainteresowanie NKWD lub UB.
Po przejechaniu mostu na Wiśle obaj aktywiści zostali zastrzeleni w lesie, a "podkowiacy" pojechali przez Stalową Wolę i Sandomierz w kierunku Dolnego Śląska. Partyzanci często zmieniali po drodze tablice rejestracyjne i starali się trzymać bocznych dróg. "Podkowa" posiadał jedynie mapy obszarów należących do Polski w 1939 roku. W związku z tym po przekroczeniu przedwojennej granicy partyzanci musieli jechać "na orientację". Konieczność unikania głównych szlaków sprawiła, że 5 lipca oddział zgubił się i zamiast do Niemiec wjechał do Czechosłowacji. Jeden z partyzantów Zdzisław Szyndzielarz jeszcze w okresie międzywojennym był w tych okolicach i znał mieszkającą w Sluknovie polską rodzinę Kłusowskich. Szyndzielarzowi udało się doprowadzić partyzantów na miejsce. Okazało się jednak, że w domu Kłusowskich mieszka Niemka, do której 6 lipca przyjechał narzeczony – czeski oficer (dzięki Friedlowi wiemy że nazywał się Josef Sindelar i był oficerem wywiadu w stopniu porucznika). Mający słabość do kobiet por. Tadeusz Kuncewicz traktował atrakcyjną Niemkę z dużą atencją, co, jeśli wierzyć relacji jednego z członków wyprawy, bardzo denerwowało Czecha, który na dodatek zaczął coś podejrzewać. Opuścił on niebawem dom Kłusowskich, a po kilku godzinach przyjechał samochodem z kierowcą. Przywiózł rozkaz natychmiastowego stawienia się dowódcy oddziału polskiego w komendanturze sowieckiej. Por. Kuncewicz oświadczył, że nigdzie nie pojedzie bez żołnierzy. W związku z tym czechosłowacki oficer nakazał, by wszyscy udali się do komendantury.
Zgodnie z tym, co napisał Friedl, partyzanci wsiedli do studebakera. Autor tekstu nie wspomniał jednak, że w drugim samochodzie oprócz czechosłowackich wojskowych
jechała Niemka. Partyzanci rzeczywiście sfingowali awarię samochodu i zastrzelili Sindelara i jego kierowcę Vlastimila Malinę. Zastępca "Podkowy" Marian Mijalski "Maf" nalegał na "Podkowę", by nie zostawiać żadnych świadków i zastrzelić także Niemkę. "Podkowa" nie wyraził na to zgody. Kazał jedynie przywiązać ją do drzewa. Jak się później okazało, decyzja ta zaważyła na losie wyprawy.
Gdy "Podkowa" z podkomendnymi pojechali w stronę Niemiec, dziewczyna zdołała się uwolnić i zawiadomić organy ścigania. Po niedługim czasie Polacy zorientowali się,
że są poszukiwani. Udało się im dojechać do Łaby, do której zepchnęli samochód. Dalej ruszyli pieszo. Dwie kolejne doby spędzili ukryci w lasach, a po zmierzchu maszerowali na zachód. W końcu w środku nocy doszli do samotnego domu, którego właściciel, miejscowy Niemiec, powiedział im, że w następnej miejscowości stacjonują Amerykanie, i ofiarował im swoją pomoc. Przeprowadził ich przez kładkę i po dwóch godzinach marszu znaleźli się w strefie amerykańskiej. Dwóch partyzantów zeszło do miasta, a pozostali zajęli pozycje obronne i przygotowali się do walki. 10 lipca ok. 8 rano pod ich stanowiska podjechał jeep z oficerem armii amerykańskiej i podkomendnymi "Podkowy". Wśród partyzantów zapanowała nieopisana radość. Znający nieco angielski "Maf" poinformował Amerykanów, że wszyscy zgłaszają chęć wstąpienia do armii gen. Andersa. Polacy zeszli do miasta, gdzie oddali posiadaną broń i otrzymali amerykańskie racje żywnościowe, papierosy i gumę do żucia. Następnego dnia oficer amerykański zabrał Tadeusza Kuncewicza na przesłuchanie, podczas którego nakazał mu pokazać, jaką drogą oddział dotarł w te okolice. Następnie Amerykanie aresztowali Polaków i osadzili w więzieniu. Po kilku godzinach przyjechała ciężarówka, a uzbrojeni funkcjonariusze czechosłowaccy przejęli aresztantów. Partyzantów przewieziono do Karlowych Warów i zamknięto w więzieniu na terenie koszar. Tam zaczął się koszmar. Strażnicy więzienni najpierw zabrali Polakom skórzane pasy i kurtki, a potem urządzili im "ścieżkę zdrowia". Kazano im stać na baczność i bito wyjętymi z prycz deskami. Niektórzy zostali tak zmasakrowani, że kilkakrotnie tracili przytomność. Później do wiezienia przywieziono Niemkę, która rozpoznała aresztowanych. Partyzanci znaleźli się w sytuacji bez wyjścia.
Po konfrontacji żołnierzy "Podkowy" wprowadzono do więźniarki z zamiarem przewiezienia do więzienia w Pradze. Eskortowało ich sześciu uzbrojonych w pistolety
maszynowe konwojentów. Trzech siedziało w kabinie kierowcy, a trzech razem z więźniami, w tylnej, oddzielonej kratami, części samochodu. Mimo to więźniowie podjęli próbę ucieczki. Podczas postoju, gdy podawano im wodę, rzucili się na konwojentów z tyłu samochodu, jednemu zdołali nawet odebrać broń. Wówczas strażnicy siedzący w szoferce zaczęli strzelać przez okienko oddzielające kabinę kierowcy od tylnej części auta.
Tu znowu dotykamy artykułu Friedla, który napisał, iż w trakcie ucieczki zabito siedmiu partyzantów, a ośmiu, w tym dwóch rannych, zostało schwytanych. W rzeczywistości jeszcze w samochodzie zginęło ośmiu partyzantów. Byli to Marian Wodyk "Szbelka", Zygmunt Kuncewicz "Podkówka" (młodszy brat "Podkowy"), Jan Chwiejczak "Żwirko", Władysław Olechowicz "Żuraw", Stanisław Olczyk, Zdzisław Szyndzielorz "Lotnik", Augustyn Poździk "Korsarz" i Wacław Węgliński "Ryś". Ci, których nie dosięgły kule, wyskoczyli z samochodu i zaczęli uciekać. Marian Mijalski "Maf", Seweryn Błąszak "Szczygieł" i Tadeusz Jankowski "Żbik" zostali ujęci kilka minut później. Konwojenci zaczęli ich bić i kopać. Marian Mijalski został wówczas zamęczony na śmierć. "Podkowa", Piotr Radziejowski "Gwiazda", Henryk Jóźwiakowski "Żmijka", Witold Lew "Azja", Tadeusz Juściński "Lew", Zbigniew Hyckiwicz "Szczerbaty" oraz Tadeusz Wiatrowski "Nevada" zostali złapani w ciągu następnych dwóch dni. Ucieczka powiodła się czterem partyzantom. Trzech z nich: Henryk Marczeski "Jurand", Wacław Mączka "Wierny" i Stanisław Bizior "Eam", wróciło do Polski, a Jan Chwiejczak "Wrzask", przedostał się do amerykańskiej strefy okupacyjnej i trafił do 2 Korpusu. Warto dodać, że 1946 roku komisja weryfikacyjna Polskich Sił Zbrojnych zaliczyła "Wrzaskowi" okres służby w ZWZ-AK (lata 1941–1944) jako służbę w Wojsku Polskim. Natomiast wszystkie wnioski żołnierzy Brygady Świętokrzyskiej zostały odrzucone.
Friedl trafnie zauważył, że Polacy, w przeciwieństwie do Sowietów, nie cieszyli się popularnością wśród obywateli Czechosłowacji. Odczuli to boleśnie schwytani żołnierze "Podkowy". Przewieziono ich do więzienia w Czeskiej Kamienicy i poddano torturom. Bito ich gumowymi i drewnianymi pałkami aż do omdlenia, cucono i znowu bito. Tadeusz Kuncewicz przeszedł najcięższe tortury. Funkcjonariusze czechosłowackiej Narodnej Bezpecnosti (NB) wciskali mu pod paznokcie główki od zapałek, które potem podpalali, pod skórę prawej dłoni włożyli mu ostrze od kuchennego noża itp. Dodatkową torturą było głodzenie aresztowanych. W rezultacie takiego traktowania Piotr Radziejowski i Witold Lew zmarli z wycieńczenia. Funkcjonariusze NB chcieli wymusić na partyzantach przyznanie się do przynależności do "polskiej SS". Rzecz jasna więźniowie odrzucali to absurdalne oskarżenie. Polakom nie wytoczono procesu, nie pozwolono też kontaktować się z rodziną przez przedstawicielstwo polskie w Czechosłowacji. Dopiero po pół roku Sewerynowi Błaszczakowi "Szczygłowi" udało się za pośrednictwem wychodzącego z więzienia Czecha przekazać gryps do rodziny w Polsce. Aresztanci zaczęli otrzymywać paczki z kraju, co pozwoliło im przeżyć. Polacy przeszli przez więzienia na Hradczanach, Pankracu i Czeskiej Lipie. W lipcu 1947 roku na żądanie polskich władz komunistycznych siedmiu pozostających przy życiu partyzantów przekazano polskiemu UB. Dzięki amnestii sześciu z nich po kilku miesiącach opuściło więzienie. Jedynie por. Tadeuszowi Kuncewiczowi urządzono proces i skazano go na 15 lat więzienia. W oskarżeniu nie ma słowa na temat zabicia czechosłowackich obywateli. Z więzienia wyszedł w 1955 roku.
W dziejach wyprawy Tadeusza Kuncewicza oraz w jej późniejszych historycznych ujęciach widać różnicę polskiego i czeskiego doświadczenia historycznego. Dla
polskiego partyzanta współpraca z komendanturą sowiecką była aktem zdrady, dla oficera niekomunistycznej i demokratycznej w tym czasie Czechosłowacji – normalną procedurą. Polacy uciekający z rządzonego przez komunistów kraju dla Czechów byli członkami SS lub niemieckimi kolaborantami. Echem takiego postrzegania rzeczywistości jest automatyczne przypisywanie oddziałowi AK
Tadeusza Kuncewicza chęci dołączenia do "polskich faszystów" z Brygady Świętokrzyskiej. Warto też podkreślić, że o ile śmierć czechosłowackiego oficera i jego kierowcy z rąk polskich partyzantów odbiła się głośnym echem w Czechosłowacji, o tyle śmierci jedenastu członków AK (w tym trzech zmarłych z powodu tortur lub głodu) w Polsce praktycznie nie zauważono. Dopiero poznanie wojennych i tużpowojennych dziejów obu społeczeństw czyni tę sytuację zrozumiałą.
dr Rafał Wnuk, adiunkt w Instytucie Studiów Politycznych PAN, naczelnik Oddziałowego Biura Edukacji Publicznej Instytutu Pamięci Narodowej w Lublinie
|